Armia na granicy

W ostatnich dniach w związku z nieustającą presją migracyjną minister Obrony Narodowej oświadczył, iż kieruje kolejne pododdziały WP na granicę. Ilość zaangażowanych żołnierzy we wsparcie dla Straży Granicznej będzie wynosiło około dziesięciu tysięcy. Należy tu podkreślić, iż granica polsko-białoruska wynosi nieco ponad 400 km. Jeżeli do tego dodać granicę polsko-ukraińską, która jest o ponad sto kilometrów dłuższa i trudniejsza do ochrony, to okaże się, iż tylko w tej operacji musimy użyć prawie 25% żołnierzy zawodowych.

Odliczając wojska obrony powietrznej kraju, marynarkę wojenną i szeroko pojętą administrację wojskową, to w rzeczywistości na granicę może być skierowane połowę potencjału zawodowego wojsk lądowych. 

Co to oznacza i jakie należy z tego wyciągnąć wnioski? Przede wszystkim dla wielu „ekspertów” od bezpieczeństwa lansujących miniaturową, ale dobrze wyszkoloną armię jest widoczne, iż w rzeczywistości nasycenie wojskiem przestrzeni kraju, w tym ponad 900 miast jest potrzebą której nie ogarnie mała liczebnie armia. Taki sposób organizacji sił zbrojnych jest dobry dla państw leżących z dala od „stref zgniotu”, czyli poza obszarem ewentualnego pierwszego uderzenia. Dodatkowo należy pamiętać, iż w trakcie walki musi się jednostki rotować, gdyż nie ma możliwości, aby wojska operacyjne skutecznie walczyły w bezpośredniej styczności z wrogiem tygodniami.

Sprawy braku nasycenia wojskiem nie załatwi także powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej w obecnej formie, gdzie stanowią one 0,2% populacji Polski, a w rzeczywistości wykorzystuje się je do działań, które powinny być w kompetencjach nieistniejącej Obrony Cywilnej. Zresztą państwa, które poprzez położenie geograficzne są narażone na ciągłe zagrożenia nie mogą budować swojego systemu bezpieczeństwa tylko w oparciu o wytypowaną wąską elitę narodu, która przyjemnie na siebie obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa ponad 99% obywateli. Takie państwo musi posiadać system przygotowania społeczeństwa do powszechności, czyli do systemu obrony powszechnej nie z nazwy, ale rzeczywistej, gdzie co najmniej 20% populacji będzie mogło wziąć czynny udział w walce lub jej osłonie.

Innym aspektem ochrony granicy, który coraz wyraźniej widać jest przełożenie poprawności politycznej na system reagowania żołnierzy i funkcjonariuszy Straży Granicznej, gdzie w przypadku atakowania systemu ochrony granicy używa się co najwyżej i to incydentalnie gazów łzawiących zamiast co najmniej broni z amunicją gumową.

Pierwsi ranni żołnierze WP wskutek ataków kierowanych przez służby specjalne Białorusi imigrantów jasno wskazują, iż jest już zagrożone życie i zdrowie żołnierzy co stanowi podstawę do użycia broni palnej. Takiej decyzji ciągle nie ma poprzez obawy decydentów o protesty ze strony państw Unii Europejskiej oraz wewnątrz krajowych ośrodków dywersji psychologicznej, które swoimi działaniami wpisują się w cele władz Białorusi.

W tym miejscu należy zadać sobie pytanie, kiedy i w jaki sposób chronić granicę i osoby, które ją strzegą? Czy wyjściem jest tylko nasycenie granicy żołnierzami i funkcjariuszami SG? Czy w przyszłości sprawę załatwią płoty graniczne?

Moim zdaniem problem z czasem będzie stawał się coraz poważniejszy i tylko stanowcze działania będą odstraszały. Postawa, która będzie przekładała się na to, iż nielegalni imigranci będą mieli przeświadczenie, iż nie ma się czego obawiać, bo i tak nic nam nie zrobią, a jak nas złapią to nakarmią i dadzą miejsce do wygodnego przebywania będzie generowało kolejne problemy.

Jeżeli w „świat” pójdzie informacja, iż polska granica jest dobrze pilnowana, a w razie siłowego jej przekraczania można zostać postrzelonym zupełnie zmieni nastawienia imigrantów.

Czy obawiać się o wrzawę medialną lewackich mediów i ośrodków finansowanych przez zagraniczne źródła?  W czasie wojny broni się to co jest najważniejsze, a bezpieczeństwo społeczeństwa jest jednym z tych wartości, które należy chronić środkami adekwatnymi do zagrożenia.

Źródło fot. bankier.pl

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy