Wybory prezydenckie wygrywa się w Internecie

Obserwując arenę polityczną można odnieść wrażenia, że dziś wybory wygrywa ten, kto ma największy budżet, mówi ostrym językiem i wie, jak wykorzystać potknięcia rywala. Racjonalna debata ustąpiła miejsca walkom trolli. Nie obędzie się tu bez całego legionu social media ninja.

Język debaty politycznej się zaostrza. Obserwowaliśmy to podczas tegorocznej kampanii prezydenckiej w Polsce i w trakcie wyborów w USA. Coraz częściej wzniosłe idee są zastępowane graniem na emocjach. Bo tak najłatwiej sterować nastrojami społecznymi. Do gry wkraczają nowoczesne formy zdobywania poparcia. Prym w nich wiodą fermy trolli (fałszywych kont będących na usługach polityków) oraz tworzenie profili psychologicznych swoich wyborców w oparciu o aktywność w sieci. 

Koronawirus znaczną część aktywności przeniósł do świata wirtualnego. Śledzimy co się dzieje wokół nas za pośrednictwem platform społecznościowych oraz serwisów internetowych. A te bardzo często bazują na skandalu. Wystarczy powołać się na “aferę fryzjerską” w USA. W skrócie, przyłapano Przewodniczącą Izby Reprezentantów Nancy Pelosi u fryzjera, co ze względu na obostrzenia związane z pandemią było nielegalne. I o zgrozo, demokratka nie miała założonej maseczki!

Fakt ten sprytnie wykorzystał sztab Donalda Trumpa pokazując butę i arogancję przedstawicieli partii demokratów, a to ma wpływ na odbiór kontrkandydata, Joe Bidena. Sam Trump wyśmiał tłumaczenia spikerki Izby Reprezentantów, że cała to była “ustawka” wymierzona przeciwko niej. Czy ten mechanizm brzmi znajomo? Również na polskim gruncie obserwowaliśmy sytuacje, kiedy w dobie obostrzeń wymagano od nas noszenia maseczek, podczas gdy kandydaci ubiegający się o fotel prezydenta w trakcie spotkań wyborczych występowali bez zasłoniętych ust i nosa. 

Głównymi tematami sporu podczas amerykańskich wyborów są niepokoje na tle rasowym oraz (a jakże) pandemia koronawirusa. Można było oczekiwać, że będziemy mieli do czynienia z rzeczową debatą. Niestety. Obecna sytuacja jest wykorzystywana do tego, aby jeszcze bardziej zantagonizować społeczeństwo a co za tym idzie opowiedzieć się za konkretnym kandydatem. I tak obserwujemy połajanki słowne dwóch sztabów. 

I w tym haniebnym procederze pojawiają się oni, grupy internetowych trolli będących na usługach różnych grup interesu. Cel ich działań jest jeden. Osłabić szanse na wygraną kontrkandydata poprzez sianie medialnego zamętu. Takie techniki obserwowaliśmy chociażby podczas polskiej kampanii prezydenckiej, kiedy zaraz po opublikowaniu materiału kontrkandydata, pojawiała się lawina negatywnych komentarzy z profili typu “Dzika Foczka” czy “Leśne Ruchadełko”. 

Facebook ustami Mark’a Zuckerberg’a zapowiedział szereg zmian mających na celu osłabienie działań dezinformacyjnych. Osią stało się uniemożliwianie viralowego rozpowszechniania fałszywych treści tyczących się wyborów, pandemii czy innych ważnych społecznie tematów. Pracownicy społecznościowego giganta będą mieli 72-godziny na weryfikację i usunięcie fake newsów związanych z wyborami. 

Żeby nam nawet do głowy nie przyszło tłitowanie o nieprawidłowościach wyborczych, czy (nie daj Boże) sfałszowaniu wyborów, bo Twitter będzie oznaczał lub usuwał takie wpisy. Już w maju na tej platformie społecznościowej sztaby wyborcze nie mogły wykupić reklamy. Portal zaczął też sprawdzać wpisy polityków pod kątem zgodności z faktami. Nie spodobało się to prezydentowi Trumpowi, który jako pierwszy był wzięty na celownik fact-checker (weryfikator prawdziwości treści) Twittera.

Z kolei wujek Google zapowiedział, że jego wyszukiwarka nie będzie pokazywała podpowiedzi związanych z wyborami w USA. I tym sposobem, gdy wpiszemy fraze “Joe Biden to” lub “Donald Trump to”, nie dostaniemy podpowiedzi. Dodatkowo YouTube usunął ponad 2,5 tys. kont, które wprowadzały dezinformację w kwestii wyborów. Nie można oprzeć się wrażeniu, że pod płaszczykiem dbałości o bezstronność technologiczni giganci wprowadzają nową formę cenzury prowadząc własną politykę wywierania wpływu na wynik wyborczy. 

Na domiar złego na początku września media obiegł raport Microsoftu, który monitoruje akty cyberprzestępczości wymierzone w cele polityczne w Stanach Zjednoczonych. Według imperium Billa Gatesa amerykańscy politycy znajdują się na celowniku grup hakerskich największych przeciwników USA. Wśród nich prym wiodą trzy grupy: Strontium, Zirconium i Phosphoruss, Pochodzą one kolejno z Rosji, Chin i Iranu.

Nawet najmocniejsze zabezpieczenia nie zastąpią samodzielnego myślenia. Przekonali się Amerykanie, którzy masowo rozpowszechnili news rosyjskiego dziennika Kommiersant. Wedle doniesień tego medium, dane na temat milionów amerykańskich wyborców zostały udostępnione w darknecie. Potem okazało się, że to był tylko “żarcik” rosyjskich służb.

Takich sytuacji będzie coraz więcej. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że zarówno służby państw, jak i technologiczne giganty pokroju Facebooka, Twittera, Google czy Microsoftu stworzyli sobie wroga z fake newsów i starają się bohatersko z nim walczyć. Takim sposobem nie tylko zwalniają użytkowników z myślenia, ale i wpływają na wybory. Bo nie jest tajemnicą, że największe amerykańskie firmy sponsorują swojego kandydata, który będzie ich największym lobbystą w świecie. A kłamstwo było, jest i będzie. 

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy