Wembley mogło być nowym Heysel?

Świetne EURO w piłce nożnej za nami. Ale oprócz piłkarskich emocji, wróciły pytania o bezpieczeństwo. Finał wywołał bardzo dużo emocji w Anglii. Kibice bez biletów, przedarli się przez zaskoczoną ochronę i o mało co nie wtargnęli na stadion.

Dziennikarz sportowy red. Stefan Szczepłek stwierdził, że te sceny przypomniały mu sytuację z Heysel.

Młodszym czytelnikom należy się wyjaśnienie. Heysel, to na co dzień spokojna dzielnica bardzo sennego i nudnego miasta Bruksela, pełnego europejskich biurokratów, świetnych restauracji z francuskimi pretensjami, najlepszymi piwami warzonymi przez trapistów i najpiękniejszym rynkiem świata Grand Place. Od przeszło ćwierć wieku stała się dla środowiska piłkarsko – kibicowskiego symbolem. Czego? Tytuły europejskiej prasy mówiły wszystko: „Masakra na stadionie”, „Czarny dzień futbolu”, „Dzień, w którym futbol umarł”. „Barbarzyńcy są wśród nas”, „Angielscy mordercy”, „Czerwone zwierzęta”.

Było to tak. Majowy wieczór roku pańskiego 1985. Finał marzeń Juventus – Liverpool z naszym Bońkiem w roli głównej. Rodacy zasiedli przy telewizorach produkcji krajowej, ci bardziej zaradni i majętni przy Rubinach najwyższego geniuszu radzieckiej myśli technologicznej. Był to taki wielki mebel wypełniający PRL-owskie living roomy swoimi gabarytami. Największą zaletą było to, że był kolorowy, co powodowało, że łatwiej było odróżniać zawodników biegających na boisku. Miał tylko mały feler, otóż lubiał się zapalić nawet wyłączony z gniazdka. Dlatego też zapobiegliwi telewidzowie ustawiali go z dala od łatwopalnych firan, co by się nie zajęły. Ponieważ mecz zaczynał się po Dzienniku TV (to taka świętość informacyjna tamtej epoki) co poniektórzy napoczęli wyroby polskiego przemysłu spirytusowego znacznie wcześniej. I po 20 oczom telewidzów ukazał się dantejski obraz, nie mieszczący się ani w trzeźwej ani w zalanej głowie. Nie brakuje wspomnień po latach, że widzowie byli święcie przekonani, że oglądali film, który puścili zamiast meczu…

Dla Zbigniewa Bońka ten dzień nie zaczął się sympatycznie, gdyż z bolącym zębem musiał się udać do dentysty. W obliczu tego co się wydarzyło wieczorem problemy z uzębieniem wydają się nie znaczyć nic. Popularny Zibi tak wspominał w swej książce te tragiczne chwile:

„To trudno racjonalnie wytłumaczyć, ale wyczuwałem, że coś się wydarzy. (…) Nagle w ciągu kilku sekund nasza szatnia zapełniła się dziesiątkami osób. To był jeden z najbardziej tragicznych widoków, jakie mi było dane oglądać w życiu. Okazało się, że nasza szatnia jest najbliższym schronieniem uciekających z trybun Włochów. (…) Masażyści przez dwie godziny udzielali im pomocy. My oddawaliśmy ubrania, obuwie, nawet skarpety. (…) Wszyscy chyba w tym momencie zaczęliśmy zastanawiać się nad sensem zawodu, który wykonujemy. (…) Po meczu ani w szatni, ani podczas kolacji nikt się nie odzywał. Ten puchar, na który tak czekaliśmy, okazał się zupełnie nieznaczący, zniknął w cieniu tragedii”.    

Tu mamy już wspomnieniowe skutki dramatu, który się rozegrał na zdumionych oczach widzów całego świata. A gdzie była przyczyna? Według Anglika Nick Hornby autora „Futbolowej gorączki” nie wszyscy widzowie zrozumieli popularne hasanie wyspiarzy, które miały polegać na biegnięciu z okrzykiem i straszeniu przeciwnika (ot takie swojskie zabawy ludu pracującego angolskich miast):

„największe zdziwienie budził fakt, że tylu ludzi zginęło podczas nieszkodliwego biegania, rozrywki, której ochoczo oddaje się połowa młodocianych kibiców w Anglii. Zamierzali oni tylko się zabawić i przestraszyć przeciwników. Kibice Juventusu – w wielu wypadkach eleganccy mężczyźni i kobiety z klasy średniej – nie mieli o tym pojęcia, bo niby skąd? Nie znali się na zachowaniu angielskich kibiców piłkarskich, które dla większości z nas jest czymś tak oczywistym, że niemal się go nie zauważa. Kiedy ujrzeli tłum ryczących angielskich chuliganów, pędzący wprost na nich, wpadli w panikę i rzucili się na skraj swojego sektora”.

Jednak relacje świadków tamtych wydarzeń mówią o jeszcze innych sytuacjach. Otóż przed meczem chuligani „The Reds” obrzucali butelkami i fragmentami betonu (stadion był w zasadzie stojącą ruiną) włoskich tifosi zajmujących pobliski sektor. Następnie zniszczyli oddzielające ogrodzenie i z jego pozostałościami – metalowymi prętami – zaatakowali sympatyków „Starej damy”.

I jak zawsze w takich wypadkach pojawiają się pytania o powody? Podniosły się głosy, że miał to być wendeta na „makaroniarzach” za poprzedni rzymski finał, gdzie miejscowi obrzucili po meczu kamieniami kibiców Liverpoolu. Nie brakowało również doszukiwania się w tych wydarzeniach prowokacji ze strony londyńskich skinów z Frontu Narodowego (nie związanych z Liverpoolem), którzy mieli stać za tą tragedią. Boniek w książce „Prosto z Juventusu” przypominał, że widział w ciągu dnia Anglików w maskach z podobizną Hitlera! Do tego organizacyjny bałagan dopełnił czarę futbolowej goryczy.

Jak trudno wychodzą pojednania można było się przekonać w 2005 roku, podczas meczu na Anfield Road fani Liverpoolu utworzyli „kartoniadę” po włosku, z napisem przyjaźń. Spora część sympatyków Juve odwróciła się w tym momencie plecami. Pod koniec lat 80-tych i w latach 90-tych ubiegłego wieku dość częstymi przyśpiewkami na polskich stadionach były: „Jutro niedziela po meczu będzie Bruksela”, „Dziś dla kaprysu zrobimy Heysel z Hanysów”, „Dziś dla zabawy zrobimy Heysel z Warszawy”, „Liverpool to nasz wzór”…

Wniosek z tych wydarzeń nasuwa się jeden: nigdy więcej Heysel. Jest tylko jedno małe, ale…Należy się zgodzić z redaktorem Rzeczpospolitej.

Zajmującym się bezpieczeństwem imprez masowych i problematyką kibicowania, te obrazy musiały stanąć przed oczami. Czy odpowiednie władze; kraju i piłkarskie, wyciągną z tego należyte wnioski?

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy