Superkontrola, czyli… kto wie o nas wszystko?


Rozwój technologiczny sprawił, że z dnia na dzień przeciętny obywatel jest coraz bardziej ograbiany ze swojej prywatności. Zmiany wprowadzane w prawie nie nadążają za postępem i w efekcie godzimy się na to, aby dane na nasz temat gromadziły nie tylko instytucje państwowe, ale też prywatne firmy. A często są to dane, które mogą nas zaskoczyć.


Kamera rozpozna emocje


Z czterdziestym pierwszym rokiem życia zacząłem drugą młodość. Z komputera zniknęły piękne kobiety, zaś ich miejsce zastąpiły reklamy medykamentów pomagających w radzeniu sobie ze starością, łysieniem (nie łysieję!) i problemami układu krążenia, co jest częste w mojej grupie wiekowej. Zmieniła się również treść listów, które zacząłem znajdować w skrzynce pocztowej. Większość dotyczyła ubezpieczeń i produktów typu vintage, na przykład starych zegarków czy antykwariatów, mających przypominać mi czasy mojej młodości. Pierwszy e-mail, który otworzyłem po urodzinach, nosił zachęcający tytuł – o zgrozo! – „Zaplanuj swój pogrzeb”.

Korzystając ze znajomości w świecie programistów szybko sprawdziłem, w jaki sposób algorytm Google decydował o treściach mających do mnie docierać. Kluczowym argumentem były oczywiście wiek, robione przeze mnie zakupy w Internecie oraz wielomiesięczna obecność w Londynie – mieście, które jest marzeniem milionów imigrantów. Wszystkie reklamy dostawałem najzupełniej zgodnie z prawem – na wszystkie treści godziłem się bezmyślnie klikając na postanowienia licencyjne programów, które instalowałem na komputerze podając prywatny adres e-mailowy, czy serwisów w chmurze, które kupowałem, ponieważ były wówczas moim narzędziem pracy. Wielu z tych zgód udzieliłem, ponieważ dostawca oprogramowania w zamian oferował usługę w tańszej cenie, a czasem nawet zupełnie za darmo.

Kiedy walczyłem z niechcianą komunikacją marketingową w Londynie testowano system rozpoznawania twarzy przez kamery przemysłowe, których w tym mieście jest chyba tyle samo, co w Szanghaju. Chodziło o system złożony o tyle, że niezależnie od twarzy był w stanie także rozpoznawać emocje przechodniów. Na tej podstawie brytyjscy policjanci z herbem MetPolice na ramionach interweniowali na ulicach, w założeniach twórców systemu uniemożliwiając napady i ewentualne grabieże. Twarze przechodniów analizował specjalny algorytm, który na podstawie dostępnych danych był w stanie określić czy może dojść do sytuacji kryzysowej.

MetPolice nigdy nie była w stanie udokumentować, czy system rzeczywiście działał – Londyn pod względem napadów oraz morderstw rok temu przeskoczył już Nowy Jork, dotychczasową stolicę przestępczości. Z drugiej strony, gdyby nie patrole policji legitymujące podejrzanych przechodniów, być może przestępczości byłoby na ulicach jeszcze więcej!


System kontroli obywateli z powodzeniem działa


Tego typu kontrolę społeczną już wiele lat temu z powodzeniem wdrożyły Chiny, które zaczęły inwigilować swoich obywateli w stopniu, jaki nie śnił się nawet George’owi Orwellowi czy Aldous’owi Huxleyowi, autorom dysutopijnych powieści „Rok 1984” i „Nowy Wspaniały Świat”.

System Kontroli Obywateli to potężne narzędzie inwigilacji, współpracujące z 600 milionami kamer na terenie całego kraju, które obserwują obywateli na ulicach, w sklepach, hotelach, urzędach, zakładach pracy i klatkach schodowych ich domów. System obsługiwany przez sztuczną inteligencję odejmuje i dodaje punkty, dzięki którym wiadomo, czy i na ile konkretny obywatel jest przydatny społeczeństwu.


Ta obiektywna, bo pozbawiona właściwej ludziom niechęci, ocena przekłada się na codzienne życie obywateli. I tak za wykroczenie drogowe, pijaństwo w miejscach publicznych, niewłaściwe zachowanie, przemoc domową czy nieodpowiedni dobór znajomych (również tych internetowych – system sprawdza listy znajomych w serwisach społecznościowych, czy odwiedzane strony internetowe) punkty są odejmowane od startowej puli 1000 punktów. Przy czym karane są nie tylko rzeczy oczywiste, ale także… oszukiwanie w grach on-line, czy zbyt częsty udział w ceremoniach religijnych. Im niższa punktacja, tym gorzej żyje się obywatelowi. W ciągu ostatnich niespełna dwóch lat testowania system ukarał, na przykład poprzez odmowę przyznania kredytów, uniemożliwienie zakupu dóbr luksusowych czy odmowę sprzedaży biletów na samoloty i pociągi – łącznie 23 miliony osób! Co więcej – źle prowadzący się obywatel musi znacznie więcej niż przeciętny, płacić za bilety komunikacji miejskiej. Poza zasięgiem są dla niego kina, teatry, koncerty czy nawet proste taksówki.

Oczywistą konsekwencją niższej przydatności dla społeczeństwa jest gorsza praca (z której przełożeni piszą codzienne raporty o zachowaniu się i postępowaniu ukaranego przez system pracownika), niższe zarobki oraz odmowa możliwości dokształcania się, chyba że owo dokształcanie ma związek z chęcią rehabilitacji.

Odrobienie odebranych przez algorytm SI działający w oparciu o napisany w Chinach od zera system operacyjny punktów jest bardzo trudne, choć nie jest niemożliwe. Próba oznacza jednak wieloletnie starania i życie pod linijkę zgodnie z tym, jak zaplanowały to władze Państwa Środka. Najwyżej punktowane jest m.in. pomaganie starszym i chorym, opieka nad rodzicami oraz… publiczne zgadzanie się i wychwalanie decyzji rządu i Komunistycznej Partii Chin. Jeżeli oceniany nie robił tego on-line czy w zakładzie pracy, z pewnością został zauważony przez jedną z milionów kamer na terenie całego kraju. Kamer z podobnym do londyńskiego systemem rozpoznawania twarzy umożliwiającym także ocenę emocji, czy – to wciąż rozwijana faza Systemu Oceny Obywatela – czytania z ruchu ust. System po fazie testowej ma przejść krajową standaryzację i wejść w użycie na terenie całego Państwa Środka najpóźniej w 2021 r. Chiny zapewniają, że są w trakcie wdrażania go i nie będzie opóźnień.


Ta groźna biometria


Choć w Polsce do takich rozwiązań jest jeszcze daleko, paradoksalnie nasi obywatele muszą się liczyć z dużo większymi zagrożeniami. To przede wszystkim dostęp do naszych danych, którego udzielamy firmom prywatnym, przede wszystkim instytucjom finansowym. Każda umowa z bankiem czy ubezpieczycielem umożliwia analizowanie naszej sytuacji materialnej czy stanu zdrowia każdemu, kto uzyska dostęp do przekazanych przez nas danych.

Do tego dochodzą dane biometryczne, które sami chętnie rozdajemy na lewo i prawo, przede wszystkim rejestrując nasze odciski palców lub twarz w telefonach czy komputerach. Oczywiście ułatwia to uruchomienie urządzenia oraz gwarantuje bezpieczeństwo przy wykonywanych za jego pomocą operacji – na przykład logowanie się do aplikacji bankowej – jednak dane te są przechowywane nie tylko w urządzeniu, ale również wysyłane producentom.


Bardziej złożony problem dotyczy kolejnej metody bioidentyfikacji – chodzi o skan tęczówki oka, pozwalający wchodzić do szczególnie strzeżonych pomieszczeń niektórych instytucji finansowych lub często wprowadzany w dużych zakładach produkcyjnych, zastępując dotychczasowe karty dostępu. To oczywiście zwiększa bezpieczeństwo oraz wygodę pracodawców (pomaga m.in. w rejestrowaniu czasu pracy) jednak… skan tęczówki oka to również informacje o naszym zdrowiu, które może odczytać wprawny okulista. Czy mogą one mieć znaczenie przy decyzji o naszym dalszym zatrudnieniu bądź ewentualnym awansie? Zdaniem pracodawców, absolutnie nie – dane biometryczne są gromadzone wyłącznie po to, aby służyły konkretnym celom, w tym momencie dostępowi do zakładu pracy bądź do szczególnie chronionych danych.


Wszyscy chcą naszych danych

Kolejny przykład dość agresywnej obecności inwigilującej nas elektroniki to aplikacje w smartfonach, które żądają dostępu do naszych baz danych.


Zdarzają się na przykład kalkulatory, które proszą o dostęp do książki telefonicznej, kamery w telefonie i sms-ów – choć trudno sobie wyobrazić po co kalkulatorowi te wszystkie informacje. Inne aplikacje żądają od nas informacji o aktualnym położeniu – w założeniach mają one ułatwiać komunikację z nami, jednak, jeżeli chcielibyśmy się ukryć, z pewnością nie będzie nam miło ze świadomością, że każdy, kto posiada podobną aplikację, koniec końców ustali, gdzie dokładnie jesteśmy. Mało tego – zobaczy wszystko na mapie Google. Warto pamiętać, że nie musimy udzielać zgód na wszystkie dostępy, których żąda aplikacja. Kalkulator bez dostępu do naszych zdjęć czy książki telefonicznej będzie liczył tak samo sprawnie.

Zachodni świat – przede wszystkim USA, Kanadę oraz Unię Europejską – zalały ostatnio aplikacje antycovidowe. To najczęściej programy przygotowane przez narodowe instytuty sanitarne bądź służbę zdrowia, które mają kontrolować liczbę zakażeń oraz stopień rozprzestrzeniania się koronawirusa. Aplikacje te są jednak obciążone – z punktu widzenia użytkownika – pewnym niebezpieczeństwem. Choć informują nas, że w naszym otoczeniu może się znajdować osoba zakażona lub taka, która miała kontakt z kimś zakażonym, informacja o tym jest również wysyłana do centrów epidemiologicznych.


Może się zdarzyć, że któregoś dnia to my bezwiednie znajdziemy się na liście osób stwarzających zagrożenie i być może zostaniemy wówczas odesłani na kwarantannę. Nawiasem mówiąc to właśnie lęk przed kwarantanną, która może pokrzyżować na przykład zawodowe czy prywatne plany, powoduje, że aplikacje te są niechętnie instalowane wśród nowych użytkowników – nawet pomimo ewidentnych korzyści, które im daje, czyli informowaniu jakich miejsc i osób unikać!


Trzeba się bronić


Kwestię gromadzonych danych osobowych przez coraz więcej instytucji publicznych oraz firm prywatnych miało – w przypadku krajów członkowskich Unii Europejskiej – regulować RODO (ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych) zawierające przepisy o ochronie osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych oraz przepisy o swobodnym przepływie danych osobowych między krajami UE oraz partnerami Unii w świecie. Choć rozporządzenie fatycznie zaktualizowało przepisy w sposób bardziej przystający do XXI wieku i nowoczesnych technologii wydaje się, że w związku z pojawiającymi się zmianami zaczyna być… przestarzałe. Również dlatego, że w związku z rozwojem nowych technologii i naszą szeroko pojętą wygodą chętniej godzimy się na udostępnianie własnych informacji stronom, o których nie wiemy nic lub wiemy niewiele.

Warto jednak zapoznać się z rozporządzeniem i korzystać z przysługujących nam praw, kiedy trzeba domagając się usuwania informacji o nas z baz danych firm i instytucji, które tych danych zupełnie nie potrzebują.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy