Słowa – klucze

Konkubinat, alkoholizm, przemoc, niebieska karta. Rozbita rodzina, kłopoty finansowe, uzależnienie, narkotyki, bezrobocie. Pobicie i śmierć dziecka. Pogotowie opiekuńcze, rodzina zastępcza, dom dziecka.

Pytanie retoryczne na dzisiaj: w jakiej sprawie można spodziewać się użycia kilku tych pojęć?

Odpowiedź: niemal w każdej, w której zostało użyte choć jedno z nich.

Przykład

Patologia – oto co przeciętnie wykształcony człowiek mówi, aby zbiorczo określić dowolną sytuację opisywaną wskazanymi we wstępie słowami.

Ach nie, to stygmatyzacja – tak wtedy powie człowiek lepiej wykształcony, który przez pryzmat poprawności politycznej (i kryminologicznej). Wystrzega się opisywania ludzi i środowisk z wykorzystaniem takich pojęć, szukając szczegółów każdego przypadku oraz neutralnych określeń.

W każdym razie nie ma właściwie dnia bez wiadomości zawierającej zestaw znacznej części z ww. słów. Wiadomość taka najczęściej okraszana jest przez przeciętnego czytającego komentarzem: „…i takie właśnie są skutki 500+”.

Czytający następnie bierze łyk piwa z puszki, głośno odbija i mówi:

Bogdan: „Halina, słyszałaś? Znowu jacyś sk…. patole maltretowali i zabili swoje dziecko”.

Halina: „Bogdan, ty świnio! I jak ty się wyrażasz. I nawet mi nie czytaj tego artykułu, bo nie będę mogła spać. Włącz mój serial, pogłośnij.”

Tymczasem za ścianą może dziać się sytuacja taka jak w Kłodzku.

Konkubina i konkubent, małe dzieci, przemoc domowa. 3-latka zmoczyła się w nocy, konkubent matki kopie ją w brzuch, a matka wkłada pod prysznic, aby polać za karę zimną wodą (pytanie, czy śledztwo wykaże, na ile miała to być osobna kara dla dziecka, a na ile zacieranie śladów). Dziecko umiera z powodu ciężkich obrażeń wewnętrznych. Śledczy ustalają, że przed zdarzeniem była długotrwale maltretowana i bita.

I na pewno żaden sąsiad, żaden Bogdan i żadna Halina, nic nie słyszeli i nie widzieli? Zwłaszcza, że sytuacje miały miejsce nocą, kiedy słychać każdy podniesiony głos? Ależ pewnie słyszeli, tylko nie reagowali…

Co jest nie tak z tymi ludźmi?

Być może gdyby tacy typowi Halina i Bogdan, mieszkający za ścianą i nie wierzę, że nie słyszący zdarzeń zza niej, rozszerzyli swoje horyzonty i interesowali się tym, co się dzieje u sąsiadów, to udałoby się niejedno istnienie uratować. Być może też wtedy ludzie, którymi i których problemami interesuje się otoczenie, czuliby blokadę przed robieniem złych rzeczy.

Jednak problem jest w takich środowiskach głębszy – dotyczy w mojej ocenie jakiejś głębszej „niby solidarności” społecznej w braku zawiadamiania organów ścigania. Bo brak łatki konfidenta na osiedlu jest ważniejszy niż życie jakiegoś dziecka…

Jest i druga strona medalu. Otóż nawet jeśli jakiś sąsiad brzydzi się donoszeniem do organów ścigania, to i tak może zainterweniować – nawet osobiście. Lub – jeżeli obawia się agresywnych sąsiadów – przejść po klatce schodowej i wziąć do pomocy kilku innych i spróbować po dobroci zapukać do drzwi, zapytać, czy jest jakiś problem, w którym mógłby pomóc itd.

Niestety przeszkodą jawi się lenistwo, tchórzostwo i ignorancja.

W opisanej „kłodzkiej” sprawie pojawił się jeszcze wątek matki zabitego dziecka, która miała wychowywać się w domu dziecka, gdzie nauczyła się takich praktyk, jakie stosowała później na własnym dziecku. Jest to bardzo ciekawa informacja, wymagająca sprawdzenia. Po pierwsze, czy jest prawdziwa. Po drugie – czy ten dom dziecka, w którym wskazana osoba dorastała dalej funkcjonuje. Po trzecie – czy dalej pracują tam te same osoby, które stosowały takie praktyki i po czwarte, czy takie praktyki dalej są tam stosowane.

Gdyby powyższy trop potwierdził się, to ujawnia nam straszliwe, zamknięte koło błędu wychowawczego, wymagające pilnej, systemowej interwencji.

Dziecko zabierane z patologii:

  • ląduje w domu dziecka, gdzie jest źle wychowywane, traktowane i byle jak edukowane;
  • osiąga dorosłość, ale nie dojrzałość do zgodnego z normami funkcjonowania w społeczeństwie;
  • zakłada własną rodzinę (a często nawet do tego nie jest zdolne i po prostu robi sobie dzieci), która cierpi na tę samą dysfunkcję, którą miało w swoim dzieciństwie;
  • powstaje patologia, która kończy się tragedią, a w najlepszym razie zabraniem małych dzieci do domu dziecka.

I historia powtarza się w kolejnym pokoleniu.       

Kiedyś pisałem o porażającym braku odpowiedzialności rodziców, opiekunów i wychowawców dzieci. O tym, że sami nie są odpowiedzialni i odpowiedzialności nie potrafią uczyć. Niestety temat wraca i rodzi pytanie o przyczyny braków w tej sferze. O ile bowiem brak odpowiedzialności u osób, które funkcjonują w społeczeństwie samodzielnie, generuje co najwyżej nietrafione, głupie wybory życiowe, to w przypadku osób kierujących systemową opieką i wychowywaniem dzieci, wywiera dalej idące skutki – jak widać na przytoczonym przykładzie, tragiczne.

Czy jest jakieś rozwiązanie?

W mojej ocenie opisana „kłodzka” sprawa, wymaga wnikliwego zbadania. Nie tylko pod względem prawnokarnym. I nie tylko w celu wymierzenia adekwatnej sankcji sprawcom tego straszliwego czynu.

Na pewno niezbędne jest rozważenie działań edukacyjnych i prewencyjnych w otoczeniu sprawców. Celowe wydaje się zdiagnozowanie stopnia wiedzy otoczenia na temat praktyk, jakie miały miejsce w domu tych osób. Podobnie należałoby się przyjrzeć działaniom przedszkoli i szkół, które miały styczność z osobami z tej „rodziny”. Wreszcie koniecznym, jak już wyżej wskazałem, jest zbadanie wątku domu dziecka, w którym matka ofiary dorastała. Pozwoliłoby to nie tylko ustalić sprawców opisanych przez nią nadużyć, ale też dotrzeć do ich ofiar. Być może zapobiegnie się w ten sposób kolejnym tragediom.

Zupełnie odrębna kwestia do rozważenia, to stworzenie systemu pomocy dla byłych wychowanków domów dziecka. Jeżeli ujawniono problem polegający na dysfunkcyjności społecznej takich osób, to należy udzielić im stosownego wsparcia, również po ich usamodzielnieniu się. Takie osoby nie mają najczęściej swoich biologicznych, bliższych lub dalszych rodzin, które mogłyby być wsparciem w trudniejszych momentach życia, takich jak pojawienie się dziecka, utrata pracy czy doświadczanie przemocy ze strony konkubenta. Pomoc taka nie powinna być ograniczana – jak obecnie – tylko do czasu usamodzielnienia się po osiągnięciu dorosłości, ale trwać przez całe życie.

Zastrzec przy tym należy, że taki mechanizm nie powinien być automatyczny i obowiązkowy, gdyż w sposób niekonstytucyjny ingerowałby w prywatność jednostki. Musiałby być dobrowolny, ale na tyle efektywny, aby stanowić długotrwałe i pewne oparcie dla rzeczywiście potrzebujących. Partycypacja w nim mogłaby być np. odpłatna – członkowie opłacaliby składki, w zamian za co mieliby dodatkowe wsparcie w trudnych dla siebie sytuacjach.

Pozwoliłoby to wesprzeć ich w sytuacji pojawienia się jednego z problemów opisanych słowami wyliczonymi we wstępie. Zanim tradycyjnie dołączą do niego inne i wszystko skończy się kolejną tragedią.

Jak natomiast rozwiązać problem społecznego zobojętnienia na przemoc? Oto temat na osobne rozważania.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy