Nonsensy i absurdy przechodzimy bezobjawowo

„We wtorek zbudziłem się o tej porze bezdusznej i nikłej, kiedy właściwie noc się już skończyła, a świt nie zdążył jeszcze zacząć się na dobre.” 

To pierwsze zdanie „Ferdydurke” Gombrowicza. Jednej z najbardziej nielubianych lektur szkolnych, która przez uczniów doceniana jest właściwie dopiero po latach, kiedy wkroczą z impetem w dorosły świat. To taki crème de la crème ostrej satyry na absurdy rzeczywistości. Swoista pigułka ośmieszania bzdurnych konwencji, ciasnych umysłów i stereotypów. Powieść naszpikowana jest cudownymi dygresjami i warsztatem literackim, który wg mnie jest absolutnie niedościgniony.


Absurdy w czasie zarazy

Gombrowicz w „Ferdydurke” nie jest jedynym tropicielem polskich absurdów. Mamy współcześnie „Rejs” Piwowskiego, „Misia” Barei, czy rewelacyjne Radio Erewań, ale moje serce jest zdecydowanie przy Gombrowiczu i jego neologizmach. Choć – wiele na to wskazuje rośnie mu konkurencja. Nowa barwna dziedzina: absurdy w czasie zarazy.

Pandemia, wirus, kwarantanna, pacjenci oraz wszystko co dotyczy samej choroby – nie jest i nie będzie nigdy przedmiotem moich żartów. Co innego – wadliwe ustawodawstwo, które ich dotyczy. O ile miałam bardzo dużo wyrozumiałości do wszelkich lapsusów prawnych z marca, kwietnia, maja czy czerwca… o tyle masa niedorzeczności z września, października czy listopada – nie powinna mieć już miejsca. Nie działamy już w ukropie, skala wirusa nie jest zaskoczeniem jak wiosną – więc skąd tyle samozaprzeczających sobie, chaotycznych zmian? Naprawdę – jesteśmy już solidnie zdezorientowani i skołowani.

Pierwszym absurdem, który wbił mi się w pamięć z początku pandemii – były godziny dla seniorów, które obowiązywały również w szkolnych sklepikach. W praktyce zakaz oznaczał zakaz robienia jakichkolwiek zakupów przez dzieci w godzinach 10-12. Czas ten został oddany szkolnym seniorom.

Szkolnym seniorom 60+? Hmm. Brak wyłączenia z ustawy szkolnych sklepików, potraktowany został przez społeczeństwo jako niedopatrzenie i sytuacja została wybaczona. Tym bardziej, że rząd naprawił swój błąd i poprzez stosowne rozporządzenie, wprowadził oczekiwane poprawki.

Lasy a sprawa Polska

Kolejny absurd wzbudził już bunt i gniew. Zakaz wstępu do lasu. Możliwość wchodzenia do kościoła, ale niemożliwość wchodzenia do lasów, parków i placów zabaw.

Piekło zamarzło 3 kwietnia 2020 – w piątek. Kto miał swój las, był wtedy zwycięzcą i królem życia. Nie da się raczej zapomnieć widoku huśtawek czy zjeżdżali obwiązanych czarnym stretchem i kłódek na wejściach do parków. We wszystkich mediach społecznościowych toczyła się batalia „Lasy albo śmierć”. Nie przypominam sobie z tamtego czasu, aby w moim otoczeniu był choć jeden fan tego dziwacznego pomysłu. Panowało święte oburzenie.

Do dyskusji włączył się nawet Rzecznik Praw Obywatelskich, wyrażając głębokie niezadowolenie i kwestionując podstawę prawną. Argumentował, że zgodnie z prawem, jedyną podstawą wprowadzenia okresowego zakazu wstępu do lasu, mogą być przypadki wymienione w

Ustawa o lasach art. 26 ust. 3

Nadleśniczy wprowadza okresowy zakaz wstępu do lasu stanowiącego własność Skarbu Państwa, w razie, gdy:
1) wystąpiło zniszczenie albo znaczne uszkodzenie drzewostanów lub degradacja runa leśnego;
2) występuje duże zagrożenie pożarowe;
3) wykonywane są zabiegi gospodarcze związane z hodowlą, ochroną lasu lub pozyskaniem drewna.

Ani przepisy ustawy o lasach, ani przepisy ustawy o ochronie przyrody nie przewidują możliwości zakazania wstępu do lasu i parku narodowego z powodu epidemii choroby ludzkiej.

Abolicja nadeszła 20 kwietnia – czyli po prawie 3 tygodniach. Już 21 kwietnia opustoszały miasta, domy, mieszkania – każdy szanujący się polski patriota był wtedy w lesie. Byli nawet Ci, którzy boją się kleszczy i z zasady do lasów nie wchodzą. Być w lesie to była racja stanu.

Bo wszyscy Polacy, to jedna rodzina

Kolejny niezrozumiały i absurdalny przepis z początków pandemii, to nakaz przebywania wyłącznie w otoczeniu osób z którymi mieszkamy.

Regulowało to rozporządzenie z 31 marca 2020 w § 14 zakazując nam „imprez, spotkań i zebrań niezależnie od ich rodzaju, z wyłączeniem spotkań danej osoby z jej osobami najbliższymi lub z osobami najbliższymi osobie, z którą pozostaje we wspólnym pożyciu”.

W tym pięknym czasie – każdy mieszkał z każdym i wszyscy byli bliscy sobie i osobom sobie bliskim. Gombrowicz byłby zachwycony. Bez rzeczywistej możliwości zweryfikowania kto jest nam aktualnie bliski i kto z nami zamieszkuje – stworzył się taki ciepły klimat hippisowskiej komuny. Żaden związek wyznaniowy czy coach osobisty, nie zrobił tyle dla wytworzenia bliskości między ludźmi – co ten przepis. Ale paradoksalnie – kiedy kilka miesięcy później – już podczas drugiej fali – Sanepid obdzwaniał zakażonych obywateli – aby ustalić kto z kim mieszka, i kto jest komu bliski – okazało się, że Polska to kraj samotnych singli. Każdy zarażony mieszka sam, nie ma żadnego domownika i ani jednej bliskiej osoby, której dane mógłby podać do systemu. Ruch hippisowski na świecie umarł w latach 70, ale w Polsce dopiero podczas drugiej fali COVID19.

Podobnie absurdalnie rzecz się ma z maseczkami w samochodach. Tutaj mamy do czynienia z przepisami wędrującymi.

Na tę chwilę obowiązuje nas rozporządzenie z dnia 16.10.2020 (Dz.U.2020.1829) zmieniające wcześniejsze rozporządzenie z dnia 09.10.2020 w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii (Dz.U.2020.1758). Wprowadzone zostały zmiany m.in. dotyczące obowiązku stosowania masek przez osoby poruszające się pojazdami samochodowymi.

Jak dotąd jest radość, ponieważ nowy przepis znosi obowiązek zakrywania ust w samochodzie, co było uciążliwe. Teraz, niezależnie, czy podróżujemy z współmieszkańcem, czy osobą obcą – jedziemy bez maseczki. Jest to jednak zmiana dość dziwna z epidemiologicznego punktu widzenia, bo okazuje się, że można zarazić się na ulicy, na spacerze, na świeżym powietrzu – ale nie w ciasnym samochodzie, nawet jeśli wsiądzie do niego 5 obcych sobie osób.

Ale to nie wszystko. Zgodnie z par. 1 pkt 5 lit. b następuje zmiana treści par. 27 ust. 3 pkt 1: „1) pojazdu samochodowego, w którym przebywają lub poruszają się: co najmniej jedna osoba albo jedna osoba z co najmniej jednym dzieckiem, o którym mowa w pkt 2;”.

Ja nie poradziłam sobie ze zrozumieniem tego paragrafu, zabrakło mi przenikliwości, niemniej wg Pana Mikołaja Małeckiego, adiunkta w Katedrze Prawa Karnego Uniwersytetu Jagiellońskiego, który był uprzejmy przeanalizować nowy przepis i podzielić się nim na swoim Twitterze: „obowiązek zakładania maski w samochodzie jednak istnieje. Ale wtedy, gdy pojazd stoi zupełnie pusty. Gdy ktoś wejdzie do auta – znika”. 

Źródło:



W maseczce na stołówce – oh no, wait!

Kolejny przepis, który zmienia się równie często – jak powinno się zmieniać maseczki jednorazowe – to ochrona w miejscu pracy.

Nowe przepisy dotyczące noszenia maseczek w miejscu w pracy zostały wprowadzone 28 listopada. Obowiązek dotyczył pracowników, jeśli w pomieszczeniu przebywała więcej niż jedna osoba. Maseczkę należało nosić zarówno w biurze (mimo zachowania dystansu 1,5 metra), jak i na stołówce. Przepis obowiązywał aż 4 dni. O kolejnej zmianie poinformowano w uzasadnieniu do projektu rozporządzenia Rady Ministrów z 1 grudnia 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii.

Stan aktualny to: „Zakłada się zmianę przepisu, który nakazywał zakrywanie ust i nosa w zakładach pracy jeżeli w pomieszczeniu przebywa więcej niż 1 osoba. Powyższe rozwiązanie było zbyt daleko idące, w związku z czym zmodyfikowano je, tak by to pracodawca decydował w tym zakresie”

Czego nie rozumiesz?

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy