Liberalne podejście do spraw rolnictwa

AgroUnia blokuje kolejne miasta. Atakując rządzących i opozycję, szykuje się do parlamentarnych wyborów. A może wystarczyłoby posłuchać rozwiązań „wolnorynkowców” i wziąć sprawdzony przykład z Nowej Zelandii? 

W Polscepo 1989 r. nastąpiła próba wprowadzenia rolniczej polityki liberalnej. Głównym założeniem miało być rolnictwo wielkoareałowe i przemysłowe, a uchodzący za liberała premier Leszek Balcerowicz chciał, by w całej Polsce zlikwidować ok. 2 000 000 mniejszych gospodarstw rodzinnych. Jak zauważył L. Staszyński, „Chłopi mieliby być mniej liczni, nie tworzyliby większych społeczności wiejskich, a więc nie byłoby wsi, jako podmiotów gospodarczych, klasowych, kulturowych i politycznych. Jednak powyższe zamierzenia, nie zostały całkowicie zrealizowane, a polscy rolnicy przeżywają najlepszy okres w swojej historii. 

Jednym z ugrupowań prorynkowych zabierających głos w sprawach rolniczych była Unia Polityki Realnej. UPR w swym programie gospodarczym zawarła m.in.: 

  • Rolnictwo traktowane będzie jak każdy inny dział gospodarki, jednakże otrzyma ulgi w okresie przejściowym. Przestawienie się na inny rodzaj produkcji trwa w rolnictwie długo, a było o­no do tej pory najbezlitośniej obrabowywane (…).
  • Przez 6 lat rolnicy będą mogli od wiosny do jesieni korzystać z preferencyjnych kredytów.

Obecnie neoliberałowie poddają krytyce system dopłat w Unii Europejskiej i w Polsce w ramach „wspólnej polityki rolnej”. Przypomnijmy, iż główne koncepty zostały zawarte w Traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej w rozdziale o rolnictwie i rybołówstwie. 

Zgodnie z art. 39 postuluje się:

– zapewnienie odpowiedniego poziomu życia ludności wiejskiej, zwłaszcza przez podniesienie indywidualnego dochodu osób pracujących w rolnictwie,

– stabilizacja rynków we wszystkich regionach UE,

– zapewnienie rozsądnych cen w dostawach dla konsumentów.

J. Woziński w „To nie musi być państwowe” zauważa, że „pomimo tej oczywistej i złowrogiej lekcji, jakiej udzielił ludzkości komunistyczny eksperyment, nie ustają wciąż próby podporządkowania rolnictwa władzy państwa. Zawiązujące się współcześnie nowe państwo, Unia Europejska, prowadzi od kilkudziesięciu lat konsekwentną politykę podporządkowania państwu całej produkcji rolnej. System dopłat, limitów produkcyjnych oraz wszechstronna kontrola rynku sprawiają, że ponownie zagrożony jest fundament cywilizacji. Strategia Unii Europejskiej jest odmienna od tej, jaką stosowali komuniści, gdyż zamiast kolektywizacji wprowadza system powszechnej kontroli przy zachowaniu marionetkowej własności prywatnej”.

W Polsce w sprawie dopłat do rolnictwa, głos zabrał ekspert w dziedzinie podatków w Centrum im. Adama Smitha, liberał, dr hab. Robert Gwiazdowski. Wdał się w polemikę z Januszem Wojciechowskim, autorem artykułów naukowych o charakterze społeczno-prawnym, byłym prezesem Polskiego Stronnictwa Ludowego – największego ugrupowania reprezentującego interesy wsi w Polsce:

J. Wojciechowski: „Bronimy dopłat rolniczych jak niepodległości, bo bez dopłat nie ma chleba”. 

R. Gwiazdowski: „Chleb nie bierze się z dopłat, tylko z mąki. Świeży chleb, a nawet i bułeczki, pojawiły się w sklepach w 1990 roku – jak państwo przestało się zajmować ich pieczeniem. To był bardzo widoczny znak upadku ustroju słusznie minionego. A jak pojawiły się dopłaty do rolnictwa to wcale nie było go więcej, ani nie był lepszy, ani tańszy”.

Dopłaty w ramach Wspólnej Polityki Rolnej UE miały służyć w ramach solidaryzmu biednym rolnikom. Unijnego podatnika wspieranie rolnictwa kosztuje przeciętnie 100 euro rocznie. W rzeczywistości w ramach polityki rolnej swoje zyski zwiększały koncerny żywnościowe i miliarderzy z europejskich rodów; właściciele zamków, terenów łowieckich, stawów, arystokraci a nawet królowe Wielkiej Brytanii i Danii. 

Wsparcie uzyskał znany brytyjskiego koncern cukierniczy Tate & Lyle i koncern Nestlé. Po wejściu do Unii Brytyjczycy nauczyli się, jak można kombinować, by bezprawnie lub kreatywnie stosując prawo, wyciągać pieniądze ze wspólnego unijnego worka. Głośne było oszustwo z ekologiczną fermą jaj, która sprzedawała znacząco więcej jajek, niż znosiły „szczęśliwe kury” hodowane na farmie. 

Grecy wymyślili uprawy plastikowych drzewek oliwnych. Hiszpanie dotowali krajowe mleczarnie, choć zamiast hodowlą krów zajmowały się sprowadzaniem mleka z Chińskiej Republiki Ludowej. We Włoszech po dotacje sięgnęła mafia, a rolnicy pobierali dopłaty do produkcji mleka i produktów nabiałowych, chociaż co piąta krowa, na którą pobierano dopłaty, w ogóle nie istniała. 

Czy solidaryzmem można nazwać dopłatę, którą dostał tzw. „rolnik”, na którego ziemi działało pole golfowe. W Polsce na Dolnym Śląsku unijne pieniądze dostał dysponent toru cartingowego, a na Mazurach właściciel gruntu, na którym jest lotniczy pas startowy, oraz posiadacze działek rekreacyjnych, którzy podawali je, jako ziemię rolną. Tylko w ciągu dwóch lat polscy rolnicy mogli wyłudzić ponad cztery miliony złotych z dopłat unijnych. Powszechne stało się także kombinowanie przy fakturach tzw. „podrasowanie faktur” do rozliczeń dotacji, gdzie ceny były zawyżone, albo nie dochodziło do zakupów.

Jak przypomniał tygodnik „Polityka”, najgłośniej było o polskich orzechach włoskich, na których zarabiali rolnicy – lub osoby, które stawały się nimi z dnia na dzień, np. adwokaci z kancelarii w Warszawie. Mogli za posadzenie 50 drzew orzecha włoskiego na hektarze ziemi, dostać dotację na prowadzenie uprawy ekologicznej – 2 800 zł od każdego hektara, w tym:

  • dopłaty bezpośrednie do hektara wynosiły 562,09 zł,
  • z tytułu „uzupełniająca płatność obszarowa” pojawiało się kolejne 327,28 zł,
  • za gospodarowanie na niekorzystnych warunkach glebowych (do tego tytułu uprawniona jest ponad połowa powierzchni naszych gruntów rolnych) dochodziło kolejne 173 zł,
  • należność za ekologiczną uprawę orzecha włoskiego – 1800 zł. 

Oczywiście, żadnych orzechów nie było, choć plan został „formalnie” zrealizowany.

Według raportu Najwyższej Izby Kontroli:

– Większość ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych założono w jednym celu: aby uzyskać dotacje. Kontrola NIK pokazała, jak działał ten mechanizm. 

– W efekcie dopłat do ekologicznych upraw sadowniczych i jagodowych, wydajność upraw spadła w sposób oszałamiający – z 15 do 1 t owoców na hektar.

– Plantacje często były zaniedbane: sadzone w niekorzystnych warunkach (np. na podmokłych i słabych glebach), a z powodu braku ogrodzenia narażone na zniszczenie przez dzikie zwierzęta.

– Tylko nieco ponad połowa rolników pobierających dopłaty, uzyskało jakikolwiek plon. 

– Większość rolników zlikwidowało lub zamierzało zlikwidować uprawy w momencie, w którym przestaną otrzymywać dopłaty.

Dla neoliberałów wzorcowym przykładem są dokonania Nowej Zelandii, gdzie farmerzy muszą liczyć tylko na siebie. Po wprowadzeniu reform rolnicy nie zbankrutowali, a konsumenci płacą niższe ceny za żywność niż mieszkańcy „Starej Unii”.  Nowa Zelandia jest wręcz laboratoryjną próbką ukazującą zmiany w rolnictwie i jest ulubioną ilustracją neoliberalnych reform.

Bardzo wiele zmieniło się za sprawą kolejnego rządu, a zwłaszcza Ministra Finansów Rogera Douglasa (obniżono podatki, zderegulowano i zliberalizowano gospodarkę, rozpoczęto prywatyzację, uwolniono rynek pracy, zmniejszono bezrobocie, zmniejszono wydatki rządowe, zamiast deficytu budżetowego pojawiła się nadwyżka budżetowa, a zmniejszył się dług publiczny). W opracowaniu „Rogernomika – droga Nowej. Zelandii od interwencjonizmu do liberalizmu gospodarczego” czytamy, o nowozelandzkim rolnictwie w obliczu wolnorynkowej reformy:

– Po zlikwidowaniu dotacji do rolnictwa i barier importowych, ta gałąź gospodarki zwielokrotniła eksport swoich produktów. Zlikwidowano także dotacje do eksportu.

– Rolnicy przestali otrzymywać od państwa wsparcia w postaci subsydiów dla rolnictwa czy tanich, niskooprocentowanych pożyczek.

– Zlikwidowano ceny minimalne na produkty rolne, przed zagraniczną konkurencją nie chronią ich taryfy importowe (obecnie na ponad 90% wszystkich importowanych towarów do Nowej Zelandii nie ma żadnych restrykcji administracyjnych). 

– Eksport produktów rolnych z Nowej Zelandii rozwinął się nadspodziewanie. Rolnictwo stanowi około 5% gospodarki, a przynosi aż 53% dochodów z eksportu.

Jednym z problemów w naszej codzienności, pozostaje debata nad długością trwania dopłat do rolnictwa. Zamierzeniem UE jest nadal deklarowana chęć, by konsumenci jedli żywność bezpieczną, a legalność działań producentów w sferze dotacji, była kontrolowana przez Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć Finansowych. Zdaje się, że niektórzy krajowi rolnicy mają jednak inne problemy do rozwiązania.

Fot. FB/AgroUnia

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy