Kruki opuszczają Tower

Rząd Borisa Johnsona ma nie lada problem. Zbliżający się do Wielkiej Brytanii kryzys może wywołać protesty społeczne, których Zjednoczone Królestwo nie pamięta od czasów reform przeprowadzonych przez Margaret Tatcher.

Kryzys z czasów „żelaznej damy” skończył się buntami górników i powstaniem subkultury punkowej. Dzisiaj całkiem poważnie może zachwiać się podstawa brytyjskiej państwowości. Czy kumulacja brexitu i koronawirusa zmusi władze do wyprowadzenia wojska na ulice? 

Scenariusz, w którym zbuntowanych i głodnych Brytyjczyków będzie pacyfikować armia królowej Elżbiety II jest na tyle poważny, że przy największych miastach Wielkiej Brytanii skoszarowano żołnierzy.

Rządowy plan użycia wojsk zakłada wyprowadzenie na ulice przynajmniej 1500 uzbrojonej piechoty, która będzie pilnować porządku. Przy skali przewidywanych buntów społecznych liczna i doskonale przeszkolona brytyjska policja może okazać się niewystarczająca.

Kiedy w połowie sierpnia do mediów nad Tamizą wyciekły niejawne kryzysowe scenariusze rządowe, Brytyjczycy nie byli zaskoczeni ani planami pacyfikacji tłumów, ani problemami, jakie w dokumentach opisywali analitycy Cabinet Office – biura wspierającego pracę premiera i jego rządu. Tak naprawdę są przygotowani na kryzys. Nie zdawali sobie tyko sprawy, jak poważnie może się on odbić na brytyjskiej codzienności.

Wielka kumulacja

Rząd przygotowuje się do zbiegu drugiej fali koronawirusa (zgodnie z prognozami brytyjskiej służby zdrowia w szpitalach Albionu umrze tej zimny nawet 85 tys. osób) z brexitem bez porozumienia z Unią Europejską, który nastąpi 31 grudnia, po zakończeniu obecnego okresu przejściowego. Efektem mogą być zimowe przerwy w dostawach prądu i paliw, racjonowanie wody oraz chaos gospodarczy prowadzący do zapomnianych na Wyspach niepokojów społecznych.

Braki leków, żywności oraz paliwa rozpoczną się w okolicach Bożego Narodzenia – wystarczy, że ciężarówki z dostawami niezbędnymi dla gospodarki Królestwa utkną w porcie Dover.

Choroby będą dziesiątkować nie tylko starzejące się brytyjskie społeczeństwo, które w ramach brexitu pozbyło się młodej siły roboczej z krajów UE, ale przede wszystkim zwierzęta gospodarskie, co w konsekwencji w ciągu kilku tygodni może doprowadzić w niektórych hrabstwach nawet do głodu. Na tanią żywność z UE brytyjski rynek nie będzie mógł liczyć, ponieważ handel z największymi dotychczasowymi dostawcami z kontynentu będzie się odbywał według zasad ustalonych przez Światową Organizację Handlu, czyli zostanie obciążony cłami, co zauważalnie odbije się na cenach produktów na Wyspach Brytyjskich. Protesty są niemal pewne – a w odpowiedzi na nie władze będą zmuszone użyć wojska przeciwko własnym obywatelom. „1500 żołnierzy zostanie skierowanych na ulice, by pomóc policji w razie wybuchu zamieszek” – można przeczytać w analizie, którą opublikowały wszystkie największe media w ojczyźnie Elżbiety II. 

To nie wszystko – konieczne będzie wykorzystanie samolotów wojskowych do dostarczania żywności i lekarstw na Wyspy Normandzkie. Odcięty od Hiszpanii Giblartar (jedyna kontynentalna część Zjednoczonego Królestwa jest uważana przez Hiszpanów za ziemię okupowaną przez Anglików) może stanąć w obliczu tak poważnego kryzysu gospodarczego, że jego mieszkańcy sami zdecydują o secesji z Wielkiej Brytanii.

Nie wiadomo, jak na kryzys zareaguje Szkocja, coraz głośniej domagająca się niepodległości, ani Irlandia, w której coraz silniej słyszane są głosy o konieczności odzyskania części Zjednoczonego Królestwa, czyli Irlandii Północnej. Problemy terytorialne Królestwa mogą głośno wybrzmieć wiosną przyszłego roku.

Zbyt wiele różnic

Kryzys gospodarczy jest niemal pewny – jesienna, siódma runda negocjacji między Wielką Brytanią a Unią Europejską nie przyniosła postępu. Tym razem winę za brak porozumienia ponoszą negocjatorzy strony brytyjskiej. 

„Jestem zawiedziony postawą Londynu. Mamy bardzo mało czasu, żeby zakończyć te negocjacje” – mówił główny negocjator unijny Michel Barnier. „Porozumienie między nami powinno wejść w życie 1 stycznia 2021 roku, a do tego czasu zostały cztery miesiące! Porozumienie z naszej strony musi zostać zatwierdzone przez Radę UE oraz Parlament Europejski, więc powinno być wypracowane najpóźniej do końca października. Jak na razie zbyt wiele nas dzieli, żeby mówić o możliwym końcu negocjacji” – dodawał.

Warunkiem koniecznym dla Unii Europejskiej jest, aby w zamian za dostęp do unijnego rynku, Wielka Brytania dostosowywała się do unijnych regulacji – również tych, które zostaną przyjęte w przyszłości. 

„Ależ to zaprzeczenie brexitu! Wyszliśmy z Unii, żeby uniknąć unijnych regulacji, żeby nasze prawo było ponad prawem unijnym” – mówią negcjatorzy Borisa Johnsona, którym przewodniczy David Frost.

Barnier zwraca uwagę na kolejny punkt sporny – chodzi o tzw. równe warunki gry i „dumping regulacyjny”, który Brytyjczycy zaczną stosować po brexicie chcąc zyskać przewagę konkurencyjną nad dostawcami towarów i usług ze Starego Kontynentu. Zdaniem administracji unijnej doprowadzi to wprost do obniżania standardów w zakresie praw pracowniczych, praw konsumenckich i ochrony środowiska. 

„Równe zasady działania w produkcji i handlu są naszym warunkiem, w którym nie możemy ustąpić” – wyjaśnia Michel Barnier. „Przykład? Wielka Brytania chce pełnego dostępu do unijnego rynku dla swoich produktów rybnych. W zamian za to domagamy się takiego samego dostępu do brytyjskich łowisk, jaki UE ma obecnie. Na to jednak rząd Borisa Johnsona nie chce się zgodzić. Takie negocjacje nie zaprowadzą nas do porozumienia” – ostrzega.

Kolejną kością niezgody jest kwestia rozstrzygania sporów między podmiotami z UE i Królestwa. Londyn nie zgadza się, żeby zajmował się tym Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Zdaniem biura przy Downing Street po brexicie TSUE nie będzie w rozstrzyganiu sporów bezstronny. Według Londynu sporami powinny zajmować się brytyjskie sądy – choć tutaj również nie ma gwarancji bezstronności. 

Deklaracja o porozumieniu, na którą zgodziły się po formalnym wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej obie strony, zawiera zobowiązanie obu stron do zapobiegania zakłóceniom w handlu i nieuczciwym przewagom konkurencyjnym. Dokument mówi również o tym, że obie strony zobowiązują się do utrzymania wysokich standardów w obszarze pomocy państwa, konkurencji, kwestii społecznych i zatrudnienia, zmian klimatu oraz spraw podatkowych.

Analitycy przyznają, że porozumienie w oparciu o taką deklarację jest coraz mniej prawdopodobne. 

Czy Covid-19 zdziesiątkuje Wyspy?

Naukowa grupa doradcza ds. kryzysowych SAGE przygotowała dla gabinetu przy Downing Street 10 prognozę dotyczącą rozwoju epidemii koronawirusa na Wyspach Brytyjskich. Ujawniony przez dziennikarzy BBC dokument nie pozostawia wątpliwości, że brytyjska służba zdrowia nieprędko poradzi sobie z Covid-19. „Podczas nadchodzącej zimy w Wielkiej Brytanii z powodu koronawirusa może umrzeć nawet 85 tys. osób” – zakłada prognoza. To niemal połowa mieszkańców Oksfordu, liczba która zmroziła nie tylko brytyjską ulicę, ale przede wszystkim pracowników służby zdrowia. Scenariusz zakłada, że – zgodnie z deklaracjami premiera Borisa Johnsona – szkoły pozostaną otwarte, a rządowy system wynajdywania kontaktów osób zakażonych w celu ich izolacji będzie identyfikował tylko 40 proc. tych kontaktów poza gospodarstwami domowymi zakażonych osób. Po nadejściu drugiej fali niewiele pomoże nawet wprowadzenia ograniczeń podobnych do tych, które obowiązywały w kraju wiosną tego roku – do końca marca. Zresztą

kolejny lockdown jest na Wyspach Brytyjskich mało prawdopodobny, bo tego gospodarka brytyjska niemal na pewno nie wytrzymałaby i realny stałby się kolejny punkt scenariusza mówiący o znacznie większej, niż średnia, liczbie zgonów z powodów pozawirusowych.

Analitycy SAGE zakładają bowiem, że tej zimy Brytyjczycy muszą liczyć się z 27 tys. zgonów ponad średnią w tym okresie. I choć naukowcy podkreślają, że ich scenariusz może być obciążony dużym marginesem błędu, rzecznik brytyjskiego rządu oświadcza, że gabinet premiera bierze go jak najpoważniej pod uwagę.

„Jako odpowiedzialny rząd planowaliśmy i nadal przygotowujemy się do szerokiego zakresu scenariuszy, w tym do względnie najgorszego scenariusza. Nasze planowanie nie jest prognozą ani przewidywaniem tego, co się wydarzy. Jesteśmy gotowi na wszystkie ewentualności” – zapewnia.

Wracajcie do Tower

Najstarsi londyńczycy coraz częściej zerkają w stronę Tower of London, twierdzy – więzienia, na której przez wieki żyły wielkie kruki, ptaki-symbole nie tylko Tower, ale całego Imperium Brytyjskiego.

Legenda, którą z każdym dniem głośniej powtarza londyńska ulica mówi, że dopóki na wieżach Tower będą żyły kruki, tak długo trwać będzie Imperium Brytyjskie.

Lub, że gdy wszystkie sześć kruków opuści kiedyś twierdzę, Londyn zginie. Aby tak się nie stało, od stuleci podcinano im skrzydła i pilnie strzeżono. Dzisiaj w Tower, w towarzystwie strażnika, mieszka siedem kruków – sześć wymaganych przez protokół i jeden dodatkowy. Są to Jubilee, Harris, Gripp, Rocky, Erin, Poppy i Merlina. Niedawno brytyjskie gazety poinformowały, że Merlina i Jubilee zaczęły już opuszczać Tower szukając pożywienia poza murami twierdzy. Inne ptaki również – choć nie wylatują tak często i tak daleko. Christopher Skaife, koronny strażnik kruków apeluje w mediach, żeby ludzie odwiedzali Tower zamknięte przez kilka miesięcy w związku z pandemią. 

„Kruki się nudzą i dlatego opuszczają twierdzę” – mówi. Dodaje jednak: „Dawałem im przez czas lockdownu pluszowe misie, piłki i piszczące zabawki. To jednak okazuje się zbyt mało. A jeżeli opuszczą Tower…?”.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy