Korzyści płynące z patodeweloperki, czyli advocatus diaboli w akcji

Wszyscy ostatnio krytykują patodeweloperkę. Bądźmy optymistami, nie płyńmy z prądem wszechobecnego krytykanctwa i pobawmy się przez chwilę w adwokata diabła – wymieńmy korzyści płynące z użytkowania takich mieszkań.

Mikroapartamenty – cóż to za piękny oksymoron, nie powstydziłby się go Mikołaj Sęp Szarzyński. Patodeweloperka (termin ukuty przez Jana Śpiewaka, aktywistę i działacza społecznego) to zjawisko polegające na kierowaniu się chęcią zysku za wszelką cenę i wprowadzaniu na rynek mieszkaniowy mikroskopijnych lub zupełnie nieustawnych nieruchomości, o nienaturalnych kształtach, mieszkań z widokiem na balkon sąsiada albo na śmietnik, nieruchomości z mini ogródkiem, w którym nie może spocząć po pracy nikt i nic, może oprócz kpiącego wzroku sąsiada.

Nie bądźmy malkontentami. Popatrzmy na patodeweloperkę litościwie i ze zrozumieniem. Jakieś korzyści, oprócz zysku deweloperów, musi przecież generować?

Mikroapartamenty to mała powierzchnia do sprzątania. W znacznym stopniu ograniczamy również zakupy, nawet zakup dodatkowego jogurtu stanowi kwestię sporną – zmieści się czy też nie? Nie popadamy dzięki patodeweloperce w zdradliwe szpony konsumpcjonizmu, mamy tylko to, co nam naprawdę do życia potrzebne. Czyli nic. Żyjemy przecież poza domem. I tak niemal całe dnie spędzamy w pracy. W sumie, po co komu mieszkanie większe od celi więziennej – duże przestrzenie mogą źle wpływać na naszą subordynację, pobudzać w naszych duszach ciągoty wolnościowe, a to, jak wiadomo wszem i wobec, jest naganne, a co najmniej niewskazane.

Rozwijamy swoją kreatywność w procesie kombinowania, jak ustawić meble w nieustawnym mieszkaniu. Przed wprowadzeniem się zasilamy okoliczne organizacje charytatywne o ubrania, książki, sprzęty AGD, które i tak nie zmieściłyby się w naszym nowym mikroapartamencie. Patodeweloperka rozwija więc nasze uczucia prospołeczne. 

Po co komu okna? Trzeba je myć, sąsiad może zaglądnąć, włamywacz może się włamać, kot może wyskoczyć… I tak wracamy do domu po pracy, kiedy jest już ciemno. Poza tym okno mogłoby odsłaniać nieprzyjemne widoki, np. śmietnik. Mikroapartamenty bez okien – w sama raz na czasy niespokojne, jeżące się od niebezpieczeństw typy wybuch bomby atomowej. Mikroapartament i bunkier w jednym – po prostu żyć nie umierać. Preppersi, żyjący w permanentnej gotowości na pokrętną przyszłość aż zacierają ręce i pieją z zachwytu.

Jeśli jednak nasze mieszkanie wyposażone jest w okno, to koniecznie blisko okna lub balkonu sąsiada. Sąsiad zaglądający w okna lepszy niż najbardziej profesjonalna firma ochroniarska.

Wąski korytarz o powierzchni przekraczającej połowę powierzchni mieszkania – w sam raz na urządzenie galerii. Patodeweloperka to również mieszkania podzielone na dwie części wspólnym korytarzem – tyle się ostatnio mówi o braku nawiązywania kontaktów między sąsiadami – taki wspólny korytarz to niczym wyciągnięcie przyjaznej ręki w stronę sąsiada. Można co rano z sąsiadem wypić kawę nie wychodząc z domu – wychodząc tylko na balkon przywitać się z sąsiadem, bo balkony nasze dzieli co najwyżej kilkunastocentymetrowa odległość.

W końcu najważniejsze: człowiek mieszkający i żyjący w trudnych warunkach, staje się bardziej twórczy. Cierpienie uszlachetnia. Patrzmy na najlepsze tradycje polskiej poezji. Więcej patodeweloperki – większe zastępy poetów. Czysta korzyść dla świata ducha.

Poza tym, jeśli o duchach mowa – jesteśmy tylko gośćmi w przelocie na tym łez padole. Mikoapartament pozwoli nam przyzwyczaić się do zamkniętych i ciasnych przestrzeni, które na nas czekają już za kilkanaście lat…

Poznań, Koszalin, Kraków, Wrocław – takie mieszkania są na wyciągnięcie ręki. Jednak musimy uważać, by wyciągając rękę nie obić jej o przeciwległą ścianę, lub – przy odrobinie szczęścia – o okno.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy