Język debaty politycznej odzwierciedla kondycję społeczeństwa

Walka o prezydencki fotel w Białym Domu coraz bardziej się zaognia. Po pierwszej debacie Trump’a i Biden’a możemy być pewni, że ostatnia prosta przed listopadowym głosowaniem upłynie pod znakiem rozpalania emocji. Z działaniami trolli w tle. 

To, że język debaty politycznej staje się coraz ostrzejszy to tak jakby nie powiedzieć NIC. Świetnie przekonaliśmy się o tym podczas pierwszej debaty prezydenckiej w USA. Jak podają komentatorzy, była to jedna z najgorszych debat prezydenckich w historii mocarstwa światowego. Konstruktywne przedstawianie swoich racji ustąpiło przepychankom słownym ze strony obu kandydatów. 

Dwóch siedemdziesięciolatków

Konserwatywny „Wall Street Journal” stwierdził, że siedemdziesięcioletni kandydaci skupiali się bardziej na wzajemnych oskarżeniach niż na próbach przedstawienia sposobów kreowania polityki w ważnych obszarach. Z kolei liberalny dziennik „New York Times” stwierdziła, że Trump posługiwał się „stylem buldożera”. Jego zdaniem kandydaci „przypuszczali personalne ataki i wyrażali wobec siebie pogardę niespotykaną we współczesnej amerykańskiej polityce”

Podczas debaty nie obyło się bez oskarżeń o rozwój pandemii koronawirusa oraz o kwestię narastających niepokojów społecznych między białymi a czarnoskórymi obywatelami Stanów Zjednoczonych.  

W tym wszystkim nie język jest najważniejszy a to, do czego prowadzenie debaty publicznej może doprowadzić. Wpływ języka na nasze myślenie oraz postawy był przedmiotem wielu badań.

Nie jest wielkim odkryciem, że to jak się wyrażamy decyduje o tym jak postrzegamy świat oraz jak w nim działamy. Im ostrzejszy język tym większe prawdopodobieństwo zaistnienia czynów przestępczych.

Jaki język takie życie

Przykład idzie z góry. Wysunięcie więc tezy, język debaty wpływa na nastroje społeczeństwa, jest jak najbardziej uzasadniony. A wracając do debaty, wielu komentatorów wskazuje, że panował w niej chaos. Ten przerodził się w walkę na inwektywy i sposoby uderzenia swojego oponenta poniżej pasa. 

Podczas niej Donald Trump stwierdził, że w miastach rządzonych przez demokratów rośnie przestępczość. „Sądzę, że to kwestia partyjna” – powiedział. To zdanie wraz ze zwracaniem się Joe Biden’a do obecnego prezydenta per „klaun” oraz odpowiedzi w stylu „możesz się zamknąć” kreują obraz demokratów jako źródła narastających niepokojów społecznych w USA.

Według danych z raportu Council on Criminal Justice w związku z protestami na tle rasowym współczynnik zabójstw w dużych miastach wzrósł o ponad 50 procent.

Z kolei przez ostatnie dwa lata przestępczość w wielkich metropoliach spadła. 

Według sondażu CBS News przeprowadzonego po pierwszej debacie, 83% widzów oceniło ją negatywnie, 69% było rozdrażnionych, a tylko 17% czegoś się z niej dowiedziało. Skoro już jesteśmy przy liczbach, naukowcy z Cornell University na gruncie swoich badań stwierdzili, że inicjatorem największej liczby fake newsów związanych z koronawirusem jest… sam Donald Trump.

Trumpowie z koronawirusem

Jednak ta wiadomość nie jest fake newsem. Kilka dni po debacie dowiedzieliśmy się, że Donald Trump jak i jego żona Melanie są zakażeni COVID-19. Sieć po raz kolejny została rozgrzana do czerwoności. Z pewnością będzie to kolejny przyczynek do siania dezinformacji i propagandy ze strony obu sztabów wyborczych. 

W tle tego wszystkiego mamy działania gigantów technologicznych takich jak Twitter czy Facebook. O ich sposobach na przeciwdziałanie dezinformacji podczas kampanii wyborczej w USA pisałem w innym tekście. Podczas samej debaty Twitter usunął 130 kont, które jego zdaniem „próbowały zakłócić publiczne konwersacje”. Jak wynika z informacji od FBI, konta te były powiązane z Iranem.

Skoro o trollach mowa, na finiszu kampanii prezydenckiej, której wyniki poznamy w listopadzie, HBO opublikowało miniserial „Agenci chaosu”. Produkcja opowiada historię największej rosyjskiej fermy trolli. Pochodzący z Petersburga spece od siania zamętu w Internecie mieli przechodzić chrzest bojowy w czasie Euromajdanu na Ukrainie. Doświadczenie szerzenia dezinformacji miało być wykorzystane w 2016 roku podczas wyborów prezydenckich w USA. 

Twórca dokumentu mimo braku dowodów na sfałszowanie wyborów w światowym mocarstwie, przedstawia teorię, jakoby Donald Trump był agentem Putina. To za sprawą tej grupy oraz rosyjskiego GRU miały wyjść na jaw maile Hillary Clinton, które w ostateczności pogrzebały szansę kandydatki demokratów w walce o Biały Dom. Druga część tej opowieści próbuje wykazać związki między rosyjskimi oligarchami a sztabem Donalda Trumpa. Według tego tak naprawdę nie chodziło o obsadzenie Trumpa na fotelu prezydenta USA, ale o budowę Trump Tower w Moskwie. 

Nie ulega wątpliwości, że obecna sytuacja w Europie i na świecie zmieniła sposoby walki o głosy wyborców. W dobie szalejącego koronawirusa większość naszych działań przeniosła się do Internetu. Tam też próbują nas złapać politycy.

Za sprawą tego, to w sieci mamy do czynienia z coraz większą gamą działań przestępczych skupionych na szerzeniu fake newsów. I im bliżej wyborów w USA tym bardziej próby ośmieszenia kontrkandydata przy pomocy kłamstwa, będzie coraz więcej. 

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy