Kryzys wiary ludzi młodych to kryzys przekazywania wiary w rodzinach

Wywiad z księdzem. prof. Dariuszem Kowalczykiem SJ, wykładowcą na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie.

Kajetan Rajski: Ojcze Profesorze, w październiku i listopadzie ubiegłego roku mieliśmy do czynienia z niespotykaną dotąd w dziejach Polski akcją profanowania kościołów, aktów chuligańskich i wandalizmów. Dlaczego coś takiego nastąpiło akurat teraz? Czy jedyną przyczyną było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego?

Ks. Dariusz Kowalczyk: Orzeczenie w sprawie eugenicznej to był pretekst. Bo przecież Strajk Kobiet działa od dawna i robił wcześniej różnego rodzaju katofobiczne happeningi i manifestacje. Totalna opozycja też tylko czyha, aby uderzyć w rządzących. Do zorganizowania większego tumultu potrzeba było jakiejś iskry, a odpowiednio przedstawiony wyrok Trybunału do tego świetnie się nadawał. Niektórzy ze zdziwieniem patrzyli na tłumy młodych ludzi zachowujących się wulgarnie i agresywnie, wypisujących na kościołach i budynkach kościelnych hasła typu: „Aborcja bez granic”. Ale przypominam, że przecież w latach dziewięćdziesiątych wulgarny, antykościelny Urban sprzedawał ponad pół miliona pisma „Nie”. Pół miliona! Tylko wtedy nam się wydawało , że to jakiś nieistotny margines na wymarciu. 

Tak! To było przede wszystkim pokolenie starych ubeków i zatwardziałych PZPR-owców, ale przecież ci ludzie mieli dzieci, wnuki. Poza tym dziś mamy masy młodzieży edukowane (a raczej ogłupiane) na lewicowo-liberalnych mediach, portalach społecznościowych, które zasadniczo są antychrześcijańskie, a przede wszystkim antykatolickie. Trzeba też zwrócić uwagę, że lewicowo-liberalna międzynarodówka, która kroczy przez państwa i instytucje, jest coraz bardzie zniecierpliwiona faktem, iż w Polsce ludzie popierają konserwatywno-chrześcijański rząd. Szkolą więc ludzi w Polsce, przesyłają pieniądze, zachęcają do wzmożenia działań „rewolucyjnych”. Oczywiście na najgłębszym, tj. duchowym poziomie mamy do czynienia z działaniem Złego Ducha, który nienawidzi Boga i Jego Kościoła. 

Kajetan Rajski: Czy Kościół w Polsce, myślę tu o hierarchii duchownej, wyciągnął wnioski z wydarzeń z jesieni ubiegłego roku? Co można jeszcze uczynić, by odwrócić niekorzystny trend laicyzacyjny wśród młodzieży?

Ks. Dariusz Kowalczyk: Po pierwsze chciałbym zauważyć, że jak ktoś odchodzi od Kościoła, pluje na Kościół, to jest przede wszystkim jego problem. Ktoś taki ryzykuje po prostu życie wieczne we wspólnocie z Bogiem. Apostołowie nie zastanawiali się zbytnio nad niekorzystną sytuacją i niekorzystnymi trendami, ale głosili Ewangelię wołając: „Ratujcie się z tego przewrotnego pokolenia” (Dz 2,40). Jeśli byli wyśmiewani, odrzucani, to strząsali pył z nóg i szli dalej. Byli też gotowi na prześladowania i na śmierć. W tym sensie nie biadoliłbym zbytnio, że jakiś kolejny młodzian twierdzi, że ma wielką frajdę, bo wystąpił formalnie z Kościoła. 

Po drugie, nie oczekiwałbym od hierarchii jakichś cudownych recept i programów na zatrzymanie laicyzacji wśród młodzieży. Biskupi mają wiele różnych zadań i są od rozeznawania, otwierania drzwi różnym inicjatywom duszpasterskim, ewentualnie ich zamykania. Ale owych konkretnych inicjatyw oczekiwałbym raczej od księży pracujących na tzw. pierwszej linii, ale także, jeśli nie przede wszystkim, od świeckich, którzy chcą wychowywać dzieci po katolicku. Obecny kryzys wiary wśród młodych, to przede wszystkim kryzys przekazywania wiary w rodzinach, choć oczywiście sytuacje bywają różne. 

I po trzecie, proszę zauważyć, że kiedy Kościół przeżywał jakieś określone kryzysy, to Opatrzność powoływała nowych świętych, mężczyzn i kobiety, którzy dawali początek duchowym ruchom i wspólnotom, i to one odnawiały Kościół. Wystarczy wymienić św. Benedykta, św. Dominika, św. Franciszka z Asyżu, czy też św. Ignacego Loyolę. To święci, znani i nieznani, ożywiają Kościół. 

Kajetan Rajski: W tym kontekście trzeba jednak zapytać o rolę lekcji religii. Ponad trzydzieści lat temu zagościła ona – póki co na stałe – w szkole. Zgadzam się z Ojcem, że fundamentalną rolę w wychowaniu katolickim odgrywa rodzina. Ale czy Kościół wystarczająco wykorzystał potencjał leżący we wprowadzeniu lekcji religii do szkoły?

W tego rodzaju rozmowach, kiedy ktoś pyta o Kościół, który coś zrobił, a czegoś nie zrobił, to zawsze przychodzi mi pytanie: Kościół, czyli kto? Wprowadzenie, a właściwie powrót religii do szkół, to był proces, w którym nuncjatura i biskupi mieli swoją rolę, ale potem katecheza wymaga pracy proboszczów, dyrektorów szkół, katechetów, rodziców, a wreszcie dzieci i młodzieży. Można dyskutować, czy religii w szkołach nie jest po prostu za dużo – dwie godziny we wszystkich typach szkół przez kilkanaście lat. Chodzi o to, że jest to olbrzymi wysiłek wielu ludzi, który przynosi raczej nikłe rezultaty. Czy część czasu i sił wspólnoty Kościoła nie byłoby lepiej przeznaczyć na budowanie różnych małych wspólnot przy parafii. 

Pamiętam, że kiedy byłem prowincjałem, to młodzi kapłani zauważali, iż pełny etat w szkole ogranicza ich pracę z młodzieżą przy kościele, która wymaga przede wszystkim czasu. Najważniejsza kwestia dotyczy jednak jakości katechetów. Znam świetnych katechetów, ale też słyszę o poczciwych, lecz słabo radzących sobie nauczycielach religii. Nie brakuje w Kościele struktur, które oferują przygotowanie i stałą formację katechetów. Tyle że można zrobić dobrze studia i różne kursy, a potem trzeba mieć to coś, charyzmat, by nauczać, świadczyć o Bogu i Kościele. Pytanie, skąd brać dobrych i bardzo dobrych katechetów. Tacy katecheci mogą wzrastać w żywotnych wspólnotach katolickich i…w katolickich rodzinach. 

A skoro wspomniałem rodziny, to katecheza, szczególnie w pierwszych klasach podstawówki wymaga współpracy rodziców. Wysiłki nawet najlepszej katechetki mogą pójść na marne, jeśli dziecko w domu otrzymuje regularną anty-katechezę. Nikt nie ma tutaj jakiejś magicznej różdżki, aby sytuację szybko polepszyć. Nie na wiele się też zdadzą kolejne programy układane przy zielonym stoliku. Trzeba cierpliwie, pokornie robić swoje i starać się robić to jak najlepiej. Choć oczywiście nie twierdzę, że nie ma potrzeby reflektować nad strukturalnymi zmianami nauczania religii.

Kajetan Rajski: Coraz głośniej słychać, również wśród środowisk katolickich, postulat przeniesienia lekcji religii na powrót do przykościelnych salek katechetycznych. Jakie jest zdanie Ojca na ten temat?

Generalnie uważam, że religia w szkołach, pomimo różnych problemów i słabości, jest dobrem, które warto zachować. Pytanie, w jakim wymiarze i w jaki sposób. Całkowite wycofanie religii ze szkół byłoby błędem. Ale można dyskutować, czy na przykład nie pozostawić katechezy w podstawówkach, a religii w szkołach średnich nie przenieść do parafii. Można też dyskutować, o czym już wspomniałem, czy nie zmniejszyć wymiaru religii w ogóle, nie tylko w szkołach, a w zamian za to, nie położyć większego nacisku na dobór katechetów oraz na propozycje formacji katolickiej w małych wspólnotach przy parafiach i kościołach. 

Ważnym tematem jest też kształt kontaktów katechetów z rodzicami katechizowanych dzieci. Dał mi do myślenia artykuł pewnego socjologa z Mediolanu, który postawił tezę, że praca duszpasterska Kościoła zbytnio koncentruje się na dzieciach i młodzieży. Powtarza się banały typu, że przyszłość zależy od młodych. Tymczasem przyszłość zależy przede wszystkim od dorosłych, od ich wyborów, od tego, czy będą mieli dzieci i jak je wychowają, a przynajmniej spróbują wychować. Z tego wyłania się pytanie, czy nie przerzucić większej części sił i środków duszpasterskich Kościoła na dorosłych, szczególnie tych, którzy wychowują dzieci. 

Kajetan Rajski: Wróćmy do tematu jesiennych protestów przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Jak Ojciec postrzega grupy wiernych, które gromadziły się wokół kościołów w celu ich obrony przed aktami profanacji? W środowisku tym słuchać pewne głosy rozżalenia, że niekiedy ich inicjatywy były traktowane przez duchownych jako niepotrzebne czy na wyrost.

Słyszałem o różnych konkretnych sytuacjach i też mi smutno, że niektórzy duchowni koncentrowali się na przeganianiu patriotyczno-katolickiej młodzieży spod kościołów, jakby to ona stanowiła problem. Mogę jednak zrozumieć, że bano się eskalacji konfliktu i jakichś regularnych bójek. Zapewne nie brakuje księży niechętnych obecnemu rządowi, którzy źle przyjęli wezwanie Jarosława Kaczyńskiego, by bronić kościołów. Niektórzy z tego rodzaju duchownych wcześniej kąśliwie zauważali, że „ten PiS to wcale nie jest taki katolicki, bo na przykład nic nie zrobił w sprawie obrony nienarodzonych”, ale jak Trybunał się wypowiedział, to pierwsi, oczywiście nie publicznie, kręcili nosami, że po co, że teraz potrzeba „budowania zgody”, a nie zaogniania sytuacji itp. Środowiska patriotyczno-katolickie muszą być świadome, że nie wszyscy kapłani ich popierają, a niektórzy z różnych względów ich po prostu nie lubią. Nie brakuje wszak księży, którzy regularnie żywią się Gazetą Wyborczą i TVN24

A zatem jeśli ktoś chce działać, to musi być przygotowany na ataki nie tylko z zewnątrz, ale i z wewnątrz Kościoła. Tym bardziej potrzeba ewangelicznej przebiegłości i ewangelicznego umiaru, który nie oznacza rezygnacji z dobrego radykalizmu. Potrzeba gorliwości, ale także cierpliwości i gotowości na niezrozumienie z wewnątrz.

Kajetan Rajski: Posługuje Ojciec w Rzymie. Czy w Italii również dochodzi do podobnych aktów antykatolickich?

Oczywiście, choć tutaj większość księży „przeprasza, że żyje” i uważa, by nikomu nie nadepnąć na odcisk, a władza od strony światopoglądowej jest raczej lewicowa. Nikomu tu nie przychodzi do głowy, by np. zmieniać prawo na rzecz obrony nienarodzonych, za to wielu chce przepychać różne kuriozalne pakiety praw na rzecz rzekomo uciśnionych transseksualistów itp. Kiedy jednak pewien ksiądz przypomniał kilka prostych katechizmowych prawd, to aktywiści LGBT sprofanowali w odpowiedzi figurę Matki Bożej. Ale też znalazł się we Włoszech proboszcz, który w Niedzielę Palmową stwierdził, że nie będzie święcił palemek i gałązek oliwnych, które ludzie przynieśli do kościoła, skoro nie można błogosławić par homoseksualnych. Oczywiście nadal jest proboszczem. 

A zatem mamy pomieszanie z poplątaniem także, co boli szczególnie, wewnątrz Kościoła. Przyznam, że mniej obawiam się jawnie antykatolickich ataków z zewnątrz, niż pseudo-ewangelii serwowanej przez niektóre środowiska w Kościele. Ale to też nic nowego. Kościół od początku musiał konfrontować się z wrogością z zewnątrz oraz z błędami i herezjami od wewnątrz. Wystarczy przypomnieć, że w IV wieku wydawało się, że cały Kościół jest ariański…

Kajetan Rajski: Inicjatywą, która wpisuje się we wspomniane przez Ojca działania mające na celu rozmycie katolickiego nauczania w sprawach moralności, jest „Kongres Katoliczek i Katolików”. W swoich deklaracjach stwierdzają: „W grupach Kongresu rozmawiamy o tym, jak powinien wyglądać Kościół naszego czasu. Kościół, w którym pomieszczą się wszyscy wierni, a życzliwością zostaną otoczeni pozostali. Kościół, w którym będzie miejsce dla świeckich i duchownych niezależnie od tego, kim są i jak się definiują. Chcemy Kościoła otwartego na świat, przyciągającego ludzi, pomagającego im w wędrówce do Boga”.

Z własnego doświadczenia wiem, że ci, którym „otwartość” i „tolerancja” nie schodzą z ust, są często bardzo zamknięci i nietolerancyjni. Wolę ludzi, którzy szczerze mówią co im się podoba, a co się nie podoba, czyli na co są otwarci, na co zamknięci, gdzie otwierają drzwi, a gdzie stawiają granice. Retoryka „otwartości” i „tolerancji” wiąże się nierzadko z taką – powiem wprost – nieinteligentną obłudą. Przecież gdyby tego rodzaju specjaliści od „otwartości” mieli większą władzę w Kościele polskim, to próbowaliby szybko i na siłę przepoczwarzyć go na modłę „lewicowo-liberalną”, wedle polityczno-poprawnych dogmatów. Ale tego rodzaju pomysł na Kościół nigdzie nie udowodnił, że potrafi ożywiać wspólnoty kościelne, to znaczy promować skutecznie powołania kapłańskie i zakonne, wychowywać dzieci i młodzież do wyznawania wiary, tworzyć żywotne wspólnoty, które w wypełnionych kościołach chwalą Pana w liturgicznej modlitwie. 

„Otwarci” są otwarci na mody tego świata, którym ulegają, w tym m.in. na ideologię gender/LGBT, zideologizowany ekologizm i ogłupiały anty-rasizm, który de facto jest nowym rasizmem. Kościół od czasów apostolskich jest otwarty, ale ta prawdziwa otwartość polega na głoszeniu wszystkim Ewangelii, wzywaniu do nawrócenia, do przyjęcia chrztu, a potem innych sakramentów. 

Ani Jezus, ani Jego apostołowie nigdy nie prezentowali postawy „poklepywania się po plecach”. Nie można mylić chrześcijaństwa z dyplomatycznymi uśmiechami i budowaniem dobrej atmosfery kosztem prawdy. Apostołowie głosili Prawdę i wynikające z niej prawdy, i byli gotowi oddać za to życie. 

Kajetan Rajski: Jezuici to jeden z międzynarodowych zakonów, na pewno często rozmawia Ojciec ze współbraćmi z innych krajów Europy Zachodniej. Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć jako społeczeństwo, by nie powtórzyć tragicznej sytuacji Kościoła w krajach zachodnich?

Rzeczywiście, mieszkam w bardzo międzynarodowej wspólnocie jezuitów, a na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, gdzie pracuję, są studenci z ok. 120 krajów. Ludzie wierzący, w tym księża, są różni, i mają różne zapatrywania na Kościół i świat. Mam jednak wrażenie, że większość kapłanów z mocno zsekularyzowanego Zachodu, kiedy słucha, że w Polsce wciąż jest inaczej, to myśli sobie: „No OK, ale jest tylko kwestią czasu, kiedy w Polsce będzie to samo, jak u nas. A poza tym, w naszych czasach nie można być tak konserwatywnym, jak Kościół w Polsce. Potrzeba otwarcia”. Kiedy słucham niektórych księży z Zachodu, to tak jakbym czytał Gazetę Wyborczą albo Tygodnik Powszechny. Dla nich receptą na obecny kryzys jest więcej otwarcia na lewicowo-liberalne idee, bo wtedy świat nas bardziej polubi i będzie miło… Na szczęście są też inni kapłani, ale ci znajdują się raczej w mniejszości. 

Generalnie wskazałbym na trzy rzeczy. Po pierwsze w toczącej się historii nie raz będzie się wydawać, że zło triumfuje, nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz Kościoła, ale jakkolwiek byłoby ono potężne, Chrystus już zwyciężył świat. Po drugie Anty-Kościół rozprzestrzenia się po świecie, jak to czytamy w 13 rozdziale Księgi Apokalipsy, poprzez działanie drugiej Bestii, która zręcznie manipuluje rządami, bankowcami, sędziami, informacją, kulturą, a także religijnością. Dlatego bardziej, niż jawnych wrogów Kościoła, trzeba się obawiać pseudo-religijności budowanej m.in. w imię postępu i nowoczesności albo – na odwrót – fałszywej wierności tradycji. Po trzecie – największym wewnętrznym zagrożeniem dla Kościoła dzisiaj jest letniość, zamykanie drzwi przed Chrystusem i podlizywanie się światu. 

Kościół, nawet jeśliby miał być jedynie małą trzódką, w każdym pokoleniu jest wzywany do nawrócenia, do pokory, ale jednocześnie do poczucia swej godności i mocy, które są godnością i mocą Chrystusa zmartwychwstałego. 

Kajetan Rajski: Dziękuję za rozmowę!

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy