Tęczowy alert

Coraz częstsze są ataki dyplomatów na nasz kraj wiążące się z promocją postulatów środowisk LGBT. Czy interweniujące w Polsce państwa oraz inne podmioty usiłują doprowadzić do politycznego przesilenia?

Naciski na państwa takie jak Polska ze strony środowisk deklarujących poparcie dla ruchów LGBT są coraz silniejsze. W czerwcu, określanym przez te środowiska „miesiącem dumy” (pride month) te demonstracje są szczególnie nasilone. Jednak mają one miejsce także w innych okresach.

W tym roku już 17 maja światło dzienne ujrzał list 48 dyplomatów zawierający apel o „podnoszenie świadomości społecznej w kwestiach problemów, które dotykają społeczność LGBT+ oraz inne mniejszości w Polsce”. Tegoroczną zbiórkę podpisów koordynowała ambasada Danii i to właśnie na jej oficjalnym fanpage’u opublikowano dokument.

Nie jest to pierwszy raz, gdy członkowie korpusu dyplomatycznego akredytowani w Polsce rażąco naruszają prawo międzynarodowe ingerując w wewnętrzne sprawy państwa przyjmującego. W 2019 roku inicjatywa wsparcia przedstawicieli innych państw wobec warszawskiej „parady równości” spotkała się ze sprzeciwem opinii publicznej. We wrześniu 2020 roku pojawił się podobny do tegorocznego – list otwarty 50 ambasadorów i przedstawicieli organizacji międzynarodowych. To właśnie w związku z tym wydarzeniem w wywiadzie dla portalu wp.pl padło niesławne stwierdzenie ówczesnej ambasador USA w Polsce, Georgette Mosbacher, że w kwestii LGBT jesteśmy „po złej stronie historii”.

W akcję promocji środowisk LGBT od lat oprócz dyplomatów włączają się także międzynarodowi giganci biznesu. Ich postawa na pewno może prowadzić do kolizji norm prawa polskiego z wewnętrznymi procedurami obowiązującymi w korporacjach. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku pracownika krakowskiego oddziału sieci IKEA, który wyraził swoją dezaprobatę wobec tęczowej propagandy.

Prawo jest łamane także przez instytucje takie jak Parlament Europejski, który w reakcji na prowokację jednego z aktywistów proklamował UE „strefą wolności dla osób LGBTIQ”. Inicjatywa ta jest naśladowana przez niektóre samorządy w państwach unijnych. Lewica próbuje ją też zaprowadzić w Polsce na szczeblu parlamentarnym. 

Powstaje szersze pytanie – jak reagować na tego typu próby ingerencji w polski porządek prawny? Redaktor Paweł Lisicki w czerwcowym wywiadzie dla portalu PCh24.pl wyraził opinię, że polskie władze powinny „powiedzieć prosto i jasno, że nie życzą sobie tego typu zaangażowania, że traktują to jako formę przekroczenia normalnego działania ze strony ambasadorów danego państwa, i że będą stosownie do tego reagowały”.

Samo podkreślenie ważności tematu w relacjach międzypaństwowych nie jest jeszcze gwarantem sukcesu, ale na pewno nie pozostaje bez znaczenia na działalność innych krajów. Mógł się o tym przekonać m. in. były ambasador Serbii w Polsce, Nikola Zurovac, który poparł majowy list 48 dyplomatów, a wkrótce potem musiał pakować swoje rzeczy i wracać do kraju. Ponadto serbskie media podały, że tamtejsze MSZ pouczyło dyplomatów o potrzebie zawiadamiania Belgradu o wszelkich zbiorowych inicjatywach i oczekiwania na aprobatę dla zaangażowania się w taki projekt.

Pytanie otwarte brzmi, czy w taki zdecydowany, choć kulturalny sposób potrafimy rozmawiać z podmiotami bardziej dla nas kluczowymi niż Serbia? Opieszałość w tym względzie może doprowadzić do przekroczenia punktu krytycznego, które doprowadzi do destabilizacji politycznej kraju.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy