Czy Niemcy są praworządnym krajem?

Niedawno Polska była krytykowana za spór prawny z organami Unii Europejskiej w sprawie pierwszeństwa krajowej konstytucji przed prawem europejskim. Od maja tego samego doświadczają Niemcy. Czy kolizja jest nieunikniona? Jeśli tak, to komu w końcu przyjdzie zrezygnować z atrybutu suwerenności?

Ostatnie miesiące przyniosły niespodziewanie ostrą rozbieżność stanowisk w sprawie prymatu prawa europejskiego nad normami zawartymi w niemieckiej ustawie zasadniczej.

Niemiecki trybunał konstytucyjny z siedzibą w Karlsruhe (Bundesverfassungsgericht, BVerfG) w 2017 roku skierował pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie skupowania przez Europejski Bank Centralny obligacji sektora publicznego strefy euro na rynku wtórnym. BVerfG miał wątpliwości, czy taka działalność – finansowanie długu innych państw należących do strefy euro bez przeprowadzenia odpowiednich analiz – nie przekracza samodzielnych kompetencji banku w dziedzinie monetarnej i nie wkracza na zagadnienia zastrzeżone częściowo dla państw członkowskich.

TSUE w grudniu 2018 roku wydał orzeczenie potwierdzające zgodność działań banku z prawem europejskim. Tym niemniej, w maju b.r. niemiecki trybunał nie zastosował rozstrzygnięcia trybunału europejskiego, uznając je za niewiążące. Co prawda znalazło się inne rozwiązanie sprawy leżącej u podstaw sporu, ale pozostało pytanie o kwestie kolizji konstytucyjnych norm niemieckich z prawem Unii Europejskiej. Niemieckie władze przez bardzo długi czas nie chciały do takiej kolizji dopuścić.

Nawet teraz rząd w Berlinie w odpowiedzi na pismo Komisji Europejskiej wstrzymuje się z propozycjami rozwiązań legislacyjnych, podkreśla niezależność BVerfG w orzekaniu i proponuje wypracowanie nowej formuły współistnienia… w dialogu między TSUE a sądami konstytucyjnymi państw członkowskich.

Jako, że w naszym kraju Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego orzeka pomimo nieprzychylnego wyroku trybunału europejskiego, z pewnością polski rząd przygląda się napięciom między TSUE a władzami niemieckimi. Zwłaszcza, że protokół rozbieżności co do kwestii ustrojowych w obydwu krajach zdaje się powiększać. W Niemczech m.in. szeroko komentowana jest kwestia niezależności prokuratorów od ministra sprawiedliwości w kontekście zagranicznej pomocy prawnej.

Niemcy też mają już za sobą historię odkładania konfliktu krajowych i europejskich norm prawnych ad Kalendas graecas. I wcale nie wystarczy pamiętać tylko czasy najnowsze, wręcz przeciwnie. Należy cofnąć się kilkadziesiąt lat wstecz. Wtedy to, w latach 1974 i 1986, zapadły dwa fundamentalne dla niemieckiego porządku prawnego orzeczenia tamtejszego sądu konstytucyjnego – tzw. orzeczenia Solange I i Solange II („Tak długo aż…”).

Wraz z późniejszym dorobkiem orzeczniczym trybunału z Karlsruhe tworzą one subtelną próbę balansowania między bardzo prounijną wykładnią norm prawa niemieckiego, a zastrzeżeniem, że w wypadkach skrajnych ostateczne rozstrzygnięcie należy do Niemiec. Chodzi m.in. o naruszenie zasad naczelnych niemieckiej konstytucji, działania instytucji europejskich bez podstawy traktatowej albo godzenie w prawa podstawowe jednostek.

Do tej pory „opcja atomowa” nie została wdrożona i nie trzeba nawet być prawnikiem żeby zrozumieć dlaczego. Za tym przykładem mogłyby pójść sądy konstytucyjne innych krajów członkowskich, co w skrajnym przypadku mogłoby oznaczać odwrócenie wektorów integracji europejskiej.

Jeśli kolejne trybunały będą stwierdzały, że doszło do sytuacji, w której zachodzi nieredukowalna sprzeczność pomiędzy normami europejskimi i normami rangi konstytucyjnej danego państwa członkowskiego, i uda się utrzymać moc obowiązującą takich wyroków, będzie to oznaczać albo rzeczywisty powrót do koncepcji konfederacyjnej Unii Europejskiej albo całkowite wywrócenie stolika, przy którym toczy się europejska gra.


Źródło zdjęcia tytułowego: flickr.com/mehr-demokratie

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy