Wymiana ciosów na szachownicy

Ostatnie zaostrzenie relacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją wywołało na świecie wiele obaw. Bezpośrednim rzekomo powodem było dyslokowanie dużych zgrupowań wojsk rosyjskich w pobliżu granic Ukrainy i groźba zbrojnej interwencji tego państwa w rejonie Donbasu i Krymu. Baczni obserwatorzy widzą, iż napięcie oraz groźby Rosji to wynik większej gry prowadzonej synergicznie przez Moskwę, Pekin i Teheran. Jej celem jest nowe ułożenie strefy wpływów w świecie.

Charakterystycznym elementem w całej sprawie jest nieobecność Rady Bezpieczeństwa ONZ w rozwiązywaniu napięć. Podobnie jak to się stało przed II wojną światową z Ligą Narodów. Ponownie okazuje się, iż poszczególne ośrodki siły w przełomowych okresach posługują się podstawowym argumentem w stosunkach międzynarodowych – siłą dyplomacji, naciskiem ekonomicznym i wykorzystaniem armii do demonstracji siły. 

Właśnie z tymi elementami mamy obecnie do czynienia w relacjach amerykańsko -rosyjskich. O ile w grze dyplomatycznej potencjał obu mocarstw jest porównywalny, to w zakresie siły ekonomicznej Waszyngton dominuje. Jednakże dywersyfikacja uzależnień ekonomicznych Moskwy, a zwłaszcza współpraca z Pekinem pozwala osłabić naciski USA. Tak więc pozostaje argument militarny. I tutaj mamy do czynienia z istotnym problemem Waszyngtonu.

Obowiązująca w USA po 1989 roku strategia mówiąca o możliwości prowadzenia dwóch wojen jednocześnie nie sprawdza się w obecnych warunkach. Z kolei nowa strategia Stanów Zjednoczonych opiera się na całkowicie słusznym przekonaniu, że pokonanie jednej konkurencyjnej potęgi jest dziś znacznie trudniejsze dla USA. Generalnie zakłada się, iż możliwości tego mocarstwa na dzisiaj to prowadzenie jednej wojny pełnoskalowej i równoczesne uczestnictwo w jednym konflikcie w innym rejonie świata. Erozja w tym zakresie nastąpiła po 2011 roku, kiedy to nastąpiły znaczne ciecia budżetowe w wydatkach na modernizację wojska.

Tak więc USA może prowadzić wojnę np. z Chinami o Tajwan lub z Rosją o państwa bałtyckie. W takim razie co z ewentualną obroną Ukrainy?

W stosunku do Tajwanu Waszyngton ma egzystencjonalne interesy gospodarcze, gdyż utrata tego quasi państwa to ograniczenie wpływów na znacznej części Pacyfiku, w tym utrata kontroli nad częścią głównych arterii światowego handlu. Z kolei utrzymanie niepodległości państw bałtyckich to nie tylko zobowiązania NATO, ale także prestiż państwa jako gwaranta spójności sojuszu. 

Co za tym z dalszymi interesami USA na terenie Ukrainy i gwarancjami terytorialnymi danymi jej przez NATO? Wydaje się, iż są w tym względzie granice dla sojuszu, których NATO nie przekroczy. Tą granicą jest wsparcie wojskowe dla walczącej Ukrainy. Oczywiście można udzielać pomocy gospodarczej, sprzętowej czy też politycznej, ale zaangażowanie się w walki z Rosją jest prawdopodobne w stopniu minimalnym. To spowodowałoby z jednej strony nieobliczalne skutki w zakresie rozwoju konfliktu, a z drugiej danie wolnej ręki Pekinowi w działaniach na Morzu Południowochińskim. Oczywiście pozostaje jeszcze kwestia Iranu, który właśnie ogłosił wzbogacenie uranu do 60 procent, przez co zbliża się do uzyskania broni jądrowej. To z kolei może zmienić układ sił na Bliskim Wschodzie. 

Zasadnicze pytanie, które tu się pojawia brzmi, kto w tym wszystkim ma największy problem? Wydaje się, iż właśnie Stany Zjednoczone, gdyż podjęte jednocześnie działania zbrojne w sojuszu na obszarach ich zainteresowania przez Rosję, Chiny i Iran uniemożliwią skuteczne powstrzymanie tych państw.

Dlatego należy sobie zadać kolejne pytanie: czym się skończy ostra gra USA? Zastanawiająca jest obecna cisza na kierunku Chin i Iranu. Inną sprawą jest to, czy Rosja gra w rejonie Ukrainy w porozumieniu z innymi państwami, czy też samodzielnie? Jeżeli w porozumieniu to obecne działania Waszyngtonu mogą być krzykiem rozpaczy i pomimo wcześniejszej zapowiedzi obecnie wstrzymuje wysłanie swojej floty na Morze Czarne.  

Wszystko to każe się niepokoić obecną sytuacją w Europie. Nie wydaje się, aby Rosja obecnie zrobiła duży krok do tyłu. Zapewne Stany Zjednoczone o tym wiedzą i grają zasadniczo już tylko kartą ekonomiczno-dyplomatyczną. Należy się obawiać, że nastąpi zerwanie przez Moskwę układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej i przekazanie jej Iranowi (jeżeli już ten kraj nie kupił jej od Korei Północnej).

 

W Polsce nadal decydenci zachowują się jak we mgle. Rozbudowa WP przeciąga się na lata, granice bez płotów podobnych do tego jakie mają Węgry, Słowenia czy też Austria (możemy być głównym kierunkiem presji migracyjnej z Ukrainy i rejonu Bliskiego Wschodu). Łatwo jest igrać militarnie z Rosją z perspektywy tysięcy kilometrów jak to ma w zwyczaju Waszyngton, ale niestety my tego komfortu nie mamy.

Jeżeli pilnie (w trybie alarmowym) nie rozbudujemy potencjału osobowego, systemowego i technicznego armii, to możemy już nie mieć drugiej okazji na wiele dekad. 

OBSERWUJEMY RÓWNIEŻ