Suwerenność energetyczna Polski a spór o Turów

Przyszłość polskiego sektora energetycznego trzeba wiązać z zastosowaniem nowych technologii w obszarze odnawialnych źródeł energii oraz energii jądrowej. W świetle „Polityki Energetycznej Polski do 2040 r.” rządowego projektu, który ma wyznaczać strategiczne kierunki rozwoju, do 2030 r. zakłada się redukcję udziału węgla w strukturze zużycia energii nawet do 37,5%. Zaś ponad połowę mocy zainstalowanych źródeł energii mają stanowić źródła zeroemisyjne. Transformacja wymaga również zwiększenia wykorzystania technologii OZE.

Ma to bezpośredni związek z nowym celem klimatycznym UE, który zakłada redukcję na terytorium państw członkowskich emisji CO2 o 55% do 2030 r. Wiąże się to z koniecznością znaczącej redukcji, a następnie całkowitego odejścia od wykorzystania kopalin oraz wymusza przyspieszenie procesu zamykania kopalń. Oczywiście dla Polski, która aktualnie produkuje energię przede wszystkim z surowców kopalnych jest to proces bardzo niebezpieczny, bowiem zamykanie kopalń może zakończyć się przed uzyskaniem pełnego bezpieczeństwa energetycznego. 

Należy wyraźnie podkreślić przy tym, że neutralność klimatyczna objąć ma wyłącznie obszar UE. Jasne wydaje się, że rosnące koszty produkcji towarów spowodują wtórne zwiększenie zainteresowania tańszymi produktami wytworzonymi na innych rynkach, przede wszystkim azjatyckich, także przez państwa UE, które lokują w miejscach, nieobjętych obostrzeniami, swoje zakłady produkcyjne. Doskonałym przykładem są same Niemcy.

Zapotrzebowanie na energię przez rozwijające się gospodarki krajowe nie słabnie. Dostęp do wielu zdywersyfikowanych źródeł taniej energii stanowić będzie niewątpliwie podstawę sukcesu w nowym wyścigu gospodarek ponownie kształtującej się Europy po pandemii. 

Niewątpliwie w tym wyścigu – przypominającym raczej wojnę bez używania środków militarnych – będą stosowane różne metody. Nie zawsze będą się one mieścić w kanonach etyki, dobrych obyczajów i co najważniejsze – równości partnerów. Świetnym tego przykładem jest wykorzystywanie nawet europejskich instytucji sądowych do rozwiązywania konfliktów na swoją rzecz przez silne państwa europejskie. 

W tym kontekście innego znaczenia nabiera przedłużający się konflikt między stroną czeską a polską. Dotyczy on uznania legalności działania kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów, który swój finał znalazł w bulwersującym orzeczeniu zabezpieczającym TSUE z 21 maja br., wydanym jednoosobowo przez Rosario Silva de Lapuerta, wiceprezes tego organu. Jednym, bez głębszej refleksji złożonym podpisem, sędzia sądu unijnego uderzył w bezpieczeństwo energetyczne państwa członkowskiego. Zaprzestanie działalności przez kopalnię w ramach efektu domino musiałoby pociągnąć za sobą zakończenie działalności Elektrowni Turów o mocy 2 GW, położonej w pobliżu kopalni. A to oznacza utratę źródła energii dla ok. 5% krajowych odbiorców

Podpis o rażących skutkach, które można byłoby przyrównać do efektów działań agresora niemieckiego, w pierwszych dniach działań militarnych na terytorium Polski w czasie II Wojny Światowej (m.in. zakładające planowe zniszczenie infrastruktury krajowej sieci energetycznej).

Strona czeska sporu przekonuje, że kopalnia Turów ma negatywny wpływ na życie kilkunastu tysięcy swych obywateli, którzy zamieszkują w graniczących z Polską regionach wokół miast Gródek nad Nysą i Frýdland. Jak wyjaśniają powodem tego ma być postępujące obniżanie się wód gruntowych, ale także zapylenia i hałasu. 

Czesi powstałe do tej pory szkody wyrządzone działalnością kopalni wyceniają na ok. 175 mln koron (30 mln zł). Według niezależnej ekspertyzy IMiGW-PIB to nie kopalnia Turów, a warunki meteorologiczne na obszarze Czech mają największy wpływ na poziom tamtejszych wód.

Jak podkreśla PGE, właściciel kopalni, kilkadziesiąt kilometrów od Turowa, a kilkaset metrów od granicy z Polską działa dziewięć kopalni odkrywkowych węgla brunatnego – pięć na obszarze Czech, a cztery na terytorium Niemiec. 

Ich funkcjonowanie, mimo istotnego wpływu na środowisko pozostaje niezakłócone. Zdaniem Wojciecha Dąbrowskiego, prezesa Polskiej Grupy Energetycznej argumenty strony polskiej w postępowaniu przed TSUE zostały zignorowane lub zniekształcone, a dobrowolne działanie Polski na rzecz dodatkowej ochrony wód w Czechach potraktowano jako „przyznanie się do winy”. Do wniosku Czech przyłączyła się także w ostatnim czasie Komisja Europejska.

Cena walki o suwerenność energetyczną Polski może być niestety wysoka, ale jest konieczna. Wnioskowana przez rząd czeski kara opiewa na 5 mln euro za każdy dzień działania kopalni po 21 maja br.

Rozmowy obu stron sporu na szczęście wciąż trwają. Oby były prowadzone samodzielnie.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy