Halo, GOPR? Bolą mnie nogi…

Kilka lat temu, była głośna sprawa turystów ok. 45 osobowej grupy, która utknęła na Morskim Oku. Nie mówimy tu o zejściu lawiny, nagłej śnieżycy, ataku niedźwiedzi czy gradobiciu. Mówimy o apokalipsie o nazwie: zmrok. Ciemność pojawiła się znienacka o godzinie 16, w grudniu, czym kompletnie zaskoczyła turystów.

Gdy zdali sobie sprawę z grozy sytuacji i konieczności powrotu do samochodów na własnych nogach postanowili działać. Do pokonania mieli 7 kilometrowy szerokim asfaltem. Media nie relacjonują, czy grupa miała lidera – niemniej zachodzi podejrzenie, że ogarnęła ich – pomroczność jasna. 

Otóż w ramach interwencji zostały postawione na nogi: TOPR, policja, straż pożarna, władze Tatrzańskiego Parku Narodowego i do kompletu wojewoda małopolski. Grupa telefonicznie domagała się bezpiecznego odeskortowania ich na parking w Palenicy Białczańskiej, gdyż rzekomo źle skomunikowali się z fiakrami, którzy mieli na nich czekać przy Morskim Oku. W tym miejscu linia obrony odrobinę się łamie, ponieważ każdy woźnica (a nie ma wśród fiakrów osób przypadkowych) zna regulamin Tatrzańskiego Parku Narodowego i wie, że po zmroku wozy poruszać się nie mogą. 

Tak czy inaczej turyści zostali poszkodowani podwójnie. Po pierwsze dlatego, że policja kategorycznie odmówiła transportu, tłumacząc, iż stopień trudności jest zerowy i nie zachodzi zagrożenie życia. A po drugie dlatego, że przez najbliższych wiele miesięcy grupa była wyszydzana we wszystkich mediach społecznościowych w sposób wprost proporcjonalny do własnej groteskowości.

Czy to jedyny taki przypadek, kiedy turyści próbują wykorzystywać służby w sposób nieuzasadniony? Niestety nie. Może nie jest to codzienność – niemniej niefrasobliwość niektórych urlopowiczów jest zatrważająca.

Kilka dni temu, na profilu facebookowym Pana Piora van der Coghena (samorządowca i ratownika górskiego), pojawił się apel:

Piotr van der Coghen [facebook.com]

Do MORSÓW!!!

Tych prawdziwych, i tych którym się tylko wydaje, że nimi są.

Czy ma sens rozbieranie się zimą w górach?

Jako stary (prawie 70 letni) naczelnik Pogotowia Górskiego i biegły sądowy ds. wypadków górskich i narciarskich, odpowiem: TO ZALEŻY OD WIELU CZYNNIKÓW. Bowiem jeśli nie mamy stosownego przygotowania, to z odpowiedzią na pytanie czy morsowanie w górach jest fajne i bezpieczne, może być trochę jak w tym dowcipie polegającym na odpowiedzi na pytanie: czy przyjemnie jest całować tygrysa w tyłek? Odpowiedź jest jasna: przyjemność to dyskusyjna, ale za to ryzyko znaczne!
Bezsprzecznie wybiegnięcie więc na mróz z gorącej sauny i tarzanie się w śniegu, (oczywiście po uprzednim posypaniu się nim), może mieć pozytywny wpływ na nasze krążenie i zahartowanie organizmu (rzecz jasna pod warunkiem, że sami jesteśmy zdrowi”

Źródło: www.facebook.com/piotr.vandercoghen

Ten sarkastyczny post jest reakcją na wydarzenia dotyczące turystki z Białej Podlaskiej, która odeskortowana z Babiej Góry w ciężkim stanie, dochodzi do siebie w szpitalu w Krakowie. Jest to ofiara mody na suche morsowanie, czyli hartowanie organizmu, poprzez próby zdobywania szczytów górskich zimą, w samej bieliźnie. 

Nie wiadomo, czy historia znajdzie swój szczęśliwy finał, ponieważ u kobiety pojawiły się komplikacje, związane z odmrożeniami. Najnowsze informacje mówią, iż konieczna może być amputacja kończyn.

Czy leci z nami GOPR?

Ten i wiele innych incydentów, pozwalają stawiać pytanie o możliwość ustalenia kar finansowych za podobne niefrasobliwe zachowania turystów, którzy traktują służby jak taksówki.

Polskie ustawodawstwo nie przewiduje kar za nieuzasadnione wezwania TOPR czy GOPR, niezależnie czy interwencja jest losowa czy spowodowana ludzką głupotą. Należy wspomnieć, że mówimy tu o niebagatelnych kwotach.

Koszt pracy śmigłowca – to ponad 5 000 zł za godzinę, a dochodzą jeszcze kwoty za transport do szpitala i opatrywanie na miejscu.

Na tle Unii Europejskiej, Polska wydaje się być bardzo łaskawa i wyrozumiała – koszty ratownictwa mamy zagwarantowane w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. 

Kto wyjeżdżał na szusowanie do Austrii, Włoch czy Francji – wie, że tam sytuacja nie jest już tak różowa. Bez wykupionego prywatnego ubezpieczenia – lepiej nawet nie wychodzić z hotelu. Akcja ratunkowa w którymś z tych krajów, to koszt sięgający kilkadziesiąt tysięcy euro. 

Nie mówimy tu o jakichś spektakularnych wydarzeniach, ale zwyczajnych codziennych urazach na stoku – np. złamanie nogi+ transport do szpitala+ powrót do kraju – koszt całości np. w Hiszpanii wg Rankomat.pl – ok 60 tys. zł.

Jedyne kary finansowe, jakie mogą zostać nałożone na turystów w Polsce, to mandaty. Ich wysokość – w stosunku do kosztów wymienionych powyżej jest wręcz mikroskopijna. Wysokość grzywny, nałożonej np. za biwakowanie czy zboczenie z wyznaczonego szlaku to maksymalnie 500 zł. Karane jest również śmiecenie, czy palenie na szlaku, ale te mandaty są symboliczne – ok 50 zł. 

Art. 66 kodeksu wykroczeń, przewiduje również możliwość nałożenia mandatu za „próbę wywołania niepotrzebnej czynności np. poprzez fałszywą informację”. Tu widełki grzywny są już wyższe – bo sięgają 1 500 zł. Ale prawda jest taka, że nie jest to kwota na tyle paraliżująca – aby mogła mieć realny wpływ na zachowanie turystów. Wszystkie powyższe konsekwencje są raczej symboliczne i nie wydają się być potężnym stresem dla wandali.

Z pytaniem o realną możliwość wprowadzenia opłat lub chociaż częściowej partycypacji osób poszkodowanych, w kosztach akcji ratunkowych, zwróciłam się do Pana Pawła Koniecznego, Prezesa GOPR.

Aneta Dmowska: Czy nie wydaje się Panu zasadne ustanowienie kar, opłat, mandatów – za nieuzasadnione akcje ratunkowe lub takie, które wynikły z rażącej nieodpowiedzialności turystów?

Paweł Konieczny: Z punktu widzenia ratowników górskich i przede wszystkim prawa – nie ma możliwości egzekwowania jakichkolwiek kosztów od takich osób. Ratownictwo w Polsce jest bezpłatne. Nasze usługi, działania – finansowane są wyłącznie przez Państwo. Jeśli chodzi o konsekwencje formalno – prawne, to nie mamy żadnych narzędzi, aby egzekwować cokolwiek. 

Na dzień dzisiejszy nieroztropni turyści ponoszą głównie konsekwencje zdrowotne i póki co – raczej to się nie zmieni. Poza tym naszą rolą jest wyłącznie pomagać. 

Ratownik ma za zadanie jak najszybciej do osoby poszkodowanej dotrzeć i jak najszybciej ją bezpiecznie ewakuować – tu nie ma czasu ani przestrzeni, do zastanawiania się nad genezą przypadku. Nie analizujemy podczas akcji wieku, doświadczenia, przygotowania czy dojrzałości poszkodowanego. 

To – co od siebie możemy robić – i robimy poza pomaganiem – to prowadzenie akcji edukacyjnych i informacyjnych, aby zdarzeniom zapobiegać i uczulać na pewne, pozornie oczywiste fakty. Niemniej innych czynności nie wykonujemy. 

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy