Fake newsy Armii Krajowej. Akcja „N”

Podziemie wykorzystywało w wojnie z okupantem nie tylko broń czy propagandę skierowaną do Polaków i zachęcającą do wytrwania. Stosowało również walkę psychologiczną. Podsuwano Niemcom ulotki i gazetki sugerujące, że mają oni do czynienia z materiałami przygotowanymi przez rodzimy antyhitlerowski ruch oporu.

Pierwsze inicjatywy propagandy dywersyjnej w niemieckim języku pojawiły się jeszcze w ramach Związku Walki Zbrojnej wiosną roku 1940. Z pomysłem zorganizowania przedsięwzięcia wyszedł płk Jan Rzepecki, wówczas szef sztabu okręgu Warszawa-Miasto ZWZ, a wkrótce kierownik Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej ZWZ-AK. Gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” wyraził aprobatę dla inicjatywy, a niespełna rok później raportował już do Londynu:

„Celem rozszerzenia akcji rozkładowej wśród Niemców, po kilkumiesięcznych próbach w grudniu 1940 r. utworzyłem w ramach Biura Informacji i Propagandy – specjalną komórkę oznaczoną „N”. Działalność jej skierowana w pierwszym rzędzie na Niemców, znajdujących się na ziemiach polskich (wojsko i administracja), aczkolwiek swym zasięgiem obejmować będzie teren Altreichu (rodziny żołnierzy i funkcjonariuszy administracji, przebywających w Polsce oraz ludność pasa pogranicznego)”.

Na kierownika akcji „N” wyznaczony został ppor. Tadeusz Żenczykowski ps. „Kania”, który w pierwszych miesiącach roku 1941 zorganizował aparat redakcyjny, zaplecze techniczne i tłumaczy. W kolejnych miesiącach powstała sieć kurierów – również na terenach III Rzeszy – przewożących druki. By uwiarygodnić rzekomo niemieckie pochodzenie materiałów, ulotki i gazetki musiały pojawiać się najpóźniej tego samego dnia na terenie Niemiec, co w Generalnym Gubernatorstwie.

Jednak kolportaż ulotek był ostatnim akordem szerokiej pracy zespołu ludzi. Prowadzono wszechstronne badania nad systemem politycznym panującym w Niemczech, specyficznym żargonem hitlerowców, a także studiowano w jaki sposób nieistniejąca, wszakże antyhitlerowska opozycja mogłaby argumentować i jaki stosunek do poszczególnych spraw bieżących by reprezentowała. Uwzględniano przy tym różne stanowiska – począwszy od socjaldemokratycznych, przez liberalne, wojskowe, a nawet monarchistyczne i religijne.

Poszczególne nurty „opozycji” miały zatem swoje organa prasowe, które niekiedy wzajemnie się zwalczały, wszelako ostrze krytyki było wymierzone przede wszystkim w partię nazistowską. Ponadto różne druki „N” sygnowane były przez różne prawdziwe i fałszywe organizacje i instytucje niemieckie. Wykorzystywano też aktualne wydarzenia, przykładowo wyjazd jednego z najbliższych współpracowników Hitlera, Rudolfa Hessa, do Wielkiej Brytanii – w lipcu 1941 r. w nakładzie czterech tysięcy egzemplarzy ukazała się fikcyjna odezwa Hessa. Nad maksymalną wiarygodnością ulotek i broszur pracował także zespół filologów, którzy opracowywali poszczególne teksty stosując określenia charakterystyczne dla danego dialektu niemczyzny.

Jak podawał Grzegorz Mazur w pracy „Biuro Informacji i Propagandy SZP-ZWZ-AK 1939-1945”: „Duże znaczenie w akcji „N” miały ulotki i broszury. Dotychczas [praca powstała w latach 80. – K.R.] udało się ustalić tytuły 72 takich jednorazowych wydawnictw (nie są to prawdopodobnie wszystkie), z czego 17 wydano pod firmą NSDAP lub państwa hitlerowskiego, 10 pozorowało istnienie opozycji wojskowo-nacjonalistycznej, 25 miało inny charakter, zaś 20 było produktami Komisji Terroru Moralnego”.

Ponadto utworzono jedyne w ramach tej akcji pismo w języku polskim – skierowane do volksdeutschy, zapowiadające im w jaki sposób wolna Polska się z nimi rozliczy. Oprócz tego akcję „N” prowadzono także wśród żołnierzy wojsk sojuszniczych wobec Niemiec. Ulotki wydano w językach czeskim i węgierskim, a także dwie po włosku.

O tym, jakie trudności dla niemieckich władz mogły wynikać z akcji Polaków, niech zaświadczą przykłady:

  • W kwietniu 1942 r. w ramach „N” wydano fikcyjne zarządzenie niemieckich władz wojskowych „Urlauber Merkblatt” (Wskazów dla urlopowanych). Dokument ten mówił o konieczności skorzystania z urlopu i wyjazdu do Rzeszy tych żołnierzy, którzy nie brali urlopów w ostatnim roku, brali udział w kampanii zimowej na froncie wschodnim, przez co najmniej sześć miesięcy służyli na wschodzie lub dziewięć miesięcy walczyli na pierwszej linii. Skuteczny kolportaż dokumentu doprowadził do zamieszania w wielu oddziałach niemieckiej armii.
  • Z kolei gen. Rowecki w 1942 r. pisał do Londynu: „Najchętniejszym odbiorcą bibuły „N” są żołnierze, stwierdzają to zgodnie meldunki ze wszystkich terenów. Nie zaobserwowano ani razu wśród tych czytelników niszczenia bibuły ani odnoszenia jej władzom przełożonym. Wśród żołnierzy bibuła wzbudza duże zainteresowanie; podają sobie z rąk do rąk, uważają by nikt jej nie zauważył, a nawet – jeżeli na to pozwalają warunki – czytają ją wspólnie. Treść prasy na ogół im odpowiada”.

Powodzenie tej akcji wynikało z rzeczywistego przekonania zwykłych Niemców co do tego, że mają do czynienia z materiałami prawdziwego antyhitlerowskiego ruchu oporu. Interwencje gestapo, które ze szczególną zaciekłością poszukiwało redaktorów, drukarzy i kolporterów pism „N”, jedynie uwiarygodniały przed ich oczyma całą sprawę.

Jak wspomniałem wyżej, druki powstałe w ramach akcji „N” trafiały także na tereny właściwej Rzeszy. Znaczną część tych wydawnictw przewożono do Berlina. Zajmowali się tym między innymi kolejarze obsługujący trasę Warszawa-Berlin. Przewozili druki w kolejarskich walizkach, schowkach, ubikacjach pociągowych. Na miejscu podrzucali je do wagonów, do pociągów jadących na front wschodni, w poczekalniach i restauracjach dworcowych czy przechowalniach bagażu.

W kolportaż prasy zaangażowali byli również konspiratorzy ze struktur podziemia niepodległościowego na terenie Berlina. Alfons Zając ps. „Fonsio” zorganizował dwa punkty kolportażu w samej stolicy Rzeszy. Jeden z nich mieścił się w mieszkaniu Waltera Sójki ps. „Ptok” znajdującego się nieopodal placu Göringa, a drugi w lokalu Pawła Dudzika ps. „Gizd” w pobliżu stacji kolei podziemnej przy Alexanderplatz – w samym sercu Berlina. „Fonsio” podobne punkty utworzył także w innych miastach Rzeszy.

Ogółem do Berlina z wydawnictwami „N” wyjeżdżał aż 93 razy, przewożąc około 212 500 egzemplarzy „enek”, jak w żargonie konspiracyjnym określano fikcyjne niemieckojęzyczne materiały.

Prof. Kazimierz Kumaniecki, zaangażowany w akcję „N”, pisał po latach: „Sialiśmy zamęt w głowach buńczucznych żołdaków. Podważaliśmy ich zaufanie do „ideologii” hitlerowskiej. Przydatne okazały się moje talenty filologiczne. Za największy sukces uważam opublikowanie w prasie konspiracyjnej przemówienia Göbbelsa. Był to dobry pastiż szefa niemieckiej propagandy, skoro nawet w prasie III Rzeszy przestrzegano czytelników, aby nie brali fałszywego Goebbelsa za prawdziwego”.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy