Chcieli odebrać ich nienarodzone dziecko. Dramat Polaków mieszkających w Szkocji.

Rodzinne tragedie po angielsku. Co roku w Wielkiej Brytanii 25 tysięcy dzieci jest odbierane biologicznym rodzicom. Często tuż po narodzinach z powodu rzekomego „ryzyka nadużyć emocjonalnych”. Swoją dramatyczną historię zgodziła się opowiedzieć nam jedna z czytelniczek portalu.

Pani Katarzyna (na potrzebę materiału imię zmienione) napisała do naszej redakcji list, w którym opisała, w jaki sposób chciano pozbawić ją i jej męża praw do opieki nad jeszcze nienarodzonym dzieckiem. Ta historia to przestroga dla innych rodzin mieszkających w Anglii.

Szkocja – rok 2017/2018

Para młodych, ambitnych i doskonale wykształconych inżynierów pracuje, płaci podatki i wiedzie spokojne życie na Wyspach Brytyjskich. Wkrótce dowiadują się, że zostaną rodzicami. Cudowna nowina, którą powinni cieszyć się przez kolejne 9 miesięcy, przerodziła się w koszmar.

Pseudo-terapia poznawczo-behawioralna

Wszystko zaczęło się od terapii, na którą pani Katarzyna udała się na długo przed tym zanim zaszła w ciążę. W 2016 roku, kiedy mąż wyjechał na roczną wymianę studencką (na inny kontynent), czuła się samotna. Za namową znajomych skorzystała z modnej terapii poznawczo-behawioralnej.

„Uczestniczyłam w 14 poufnych spotkaniach, na których rozmawiałam z terapeutą na spektrum tematów. Dzieciństwo, śmierć bliskiej osoby, poronienie, nieporozumienia i kłótnie małżeńskie. Uczyłam się „zarządzania moimi emocjami” etc.” – mówi Katarzyna.

Terapeuta zapewniał, że wszystkie dane są absolutnie poufne. Skłamał. Jak się okazało kilkanaście miesięcy później, cytaty ze spotkań zostały wyciągnięte z kontekstu i stały się pretekstem do wszczęcia procedury socjalnej. W tym przypadku, w imieniu jeszcze nienarodzonego dziecka. Pani Katarzyna od szóstego tygodnia ciąży była prześladowana przez patologiczny system pomocy socjalnej w Wielkiej Brytanii.

Tajna procedura

Ostatnie spotkanie z terapeutą miało miejsce w szóstym tygodniu ciąży. Równocześnie młoda mama była pod ścisłą kontrolą położnej, ze względu na zagrożenie poronieniem.

„Pani doradca, gdy dowiedziała się, że jestem w ciąży, poprosiła mnie o wyrażenie zgody na przekazanie części materiałów z mojej terapii do położnej. Uważała, że skoro przeszłam poronienie mogę być zagrożona depresją poporodową. Nie zgodziłam się”.

Mimo braku zgody, dokumenty i tak zostały przekazane. Doradca złożył donos do tamtejszej opieki społecznej. Przekazał położnej materiały dotyczące sześciu nieporozumień małżeńskich na przestrzeni pięciu lat oraz wspomnień Katarzyny z dzieciństwa. Mówiła m.in. o bogatym planie zajęć dodatkowych i wychowywaniu jej w poczuciu obowiązkowości.

Zdaniem Pomocy Socjalnej (Social Services) te informacje miały świadczyć o jej pozytywnym nastawieniu do przemocy w rodzinie. Uznano, że stanowi zagrożenie dla przyszłego dziecka.

O oskarżeniu jej o stwarzanie niebezpieczeństwa i wszczęcia procedury socjalnej, dowiedziała się dopiero w 16 tygodniu ciąży. Nikt nie mówił jej wprost o co tak naprawdę chodzi. Powtarzano, że pragną dbać o jej stan psychiczny, który ucierpiał w wyniku straty pierwszego dziecka.

„Na tym etapie skontaktowałam się z Centrum Pomocy Rodzinie w Londynie. Po pierwsze dowiedziałam się, że jestem oskarżona o bycie zagrożeniem dla nienarodzonego dziecka. Po drugie dowiedziałam się, że niezastosowanie się do procedury grozi ubezwłasnowolnieniem, odebraniem paszportu, zatrzymaniem w kraju do czasu porodu, a nawet odebraniem dziecka spod opieki mojej jak i męża. Polecono nam także mówić tylko prawdę. Między innymi nie zaprzeczać, że półtora roku wcześniej pokłóciłam się z mężem, ponieważ oni i tak posiadają zapiski z wszystkich moich spotkań”.

Po prawie 4 miesiącach nękania, ogromnego stresu, małżeństwo poddało się procedurze. Na własną rękę zaczęli badać dokumenty i raporty. Konsultowali się ze szkockimi znajomymi, zapoznali się z procedurą i na każdą wizytę pracowników socjalnych dokładnie się przygotowywali. Jako kochające się małżeństwo, bez nałogów, ze stałą pracą i na wysokiej stopie życiowej, postanowili udowodnić, że zaszła jakaś straszna pomyłka.

Już na pierwszym spotkaniu z pracownicami Social Services zostali poinformowani, że pani Katarzyna jest oskarżona o „stanowienie zagrożenia dla płodu”.

„Panie z Social Services były przyjmowane jako goście, traktowane z najwyższym szacunkiem. Mimo potwornego cierpienia i poczucia krzywdy z powodu najść w naszym własnym domu, tłumaczyliśmy się z mężem z tego, czym – panie skrzętnie nas bombardowały. M.in.: wyrwane z kontekstu cytaty z poufnej terapii sprzed kilkunastu miesięcy. Po tym (tak nam się wydawało) jak udowodniliśmy swoją niewinność, czekaliśmy cierpliwie na umorzenie procedury, które nigdy nie nadeszło.”

To jeszcze nie koniec

Procedura socjalna została doprowadzona do końca. Odbyła się tzw. Konferencja Przedporodowa, w której włącznie z małżeństwem brało udział kilkanaście osób.

„Debatowano nad nami jak nad zwierzętami bez prawa do prywatności, pacjenta i człowieka. Tak jakby nie było nas w pokoju. Dla mnie jako kobiety, wówczas już w szóstym miesiącu ciąży, było to traumatyczne doświadczenie. Podczas przesłuchania doznałam ataku niekontrolowanego płaczu”.

Ostatecznie ich dziecko nie zostało wpisane do rejestru dzieci zagrożonych (które są odbierane rodzicom zaraz po urodzeniu). Jednak dalsze przebywanie w Wielkiej Brytanii nie miałoby sensu, wiązałoby się ze stałym nadzorowaniem rodziny.

Przyszła mama, po rozmowie z polskim konsulatem, postanowiła na 3 tygodnie przed porodem uciec do Polski. Po dwóch tygodniach dołączył do niej mąż. Cały wyjazd był do końca utrzymywany w tajemnicy przed służbami.

Poszkodowani porzucili dobytek, dobrą pracę i życiowe plany. Wyjechali z Wielkiej Brytanii w poczuciu ogromnej niesprawiedliwości, a co najgorsze z uszczerbkiem na zdrowiu swojego dziecka. Jak podkreślają, system opieki socjalnej, który w zamyśle miał chronić dzieci przed patologią, odbiera je ich niewinnym rodzicom.

Im się udało

Ale wielu rodziców z powodu zwykłego donosu sąsiadów lub nauczycieli na zawsze straciło swoje dzieci. Wystarczyła do tego informacja o zauważonych u dziecka siniakach lub dochodzących z domu krzykach.

Pod karą więzienia brytyjskie sądy zakazują upubliczniania procesu odbioru dzieci, a pozbawieni praw rodzice nie mogą w żaden sposób utrzymywać z nimi kontaktu. Potwierdza to Ian Josheps, brytyjski prawnik, który pomaga rodzicom pokrzywdzonych dzieci. Według jego obserwacji, rocznie 25 tysięcy dzieci jest odbierane rodzicom przez angielskie służby.

Trafiają one do rodzin zastępczych, które otrzymują z tego tytułu ogromne profity pieniężne. Ze względu na tajność procedury, informacje te nie wypływają do mediów.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy