Zagłębie patologii

Niezależnie od przymusowych planów dekarbonizacji Polska na potęgę korzysta z węgla i jest to przyczyną bardzo trudnego ostatnio położenia politycznego naszego kraju. Dlaczego pomimo posiadania ogromnych zasobów musimy importować węgiel, w tym węgiel rosyjski? Jak wygląda sytuacja w innych krajach Unii? 

W ostatnich miesiącach ceny gazu ziemnego wzrosły na giełdach w Europie nawet o 300%. Trend ten nie ma tendencji malejącej, co oznacza, że albo da on asumpt do modernizacji technologii energetycznych albo do znaczącego stopnia recesji w gospodarce, a co za tym idzie do masowego kwestionowania polityki energetycznej Unii Europejskiej. Rosnące ceny gazu w całej Europie przyczyniły się w ostatnim roku do przerzucenia zainteresowania rządów i korporacji z powrotem na węgiel, jako na podstawowy surowiec energetyczny.

Niemcy, które pod tym względem prowadzą najbardziej dwulicową politykę, nie radzą sobie ze swoim flagowym produktem, czyli z odnawialnymi źródłami energii. Zbudowane za grube miliardy euro inwestycje (w Niemczech przede wszystkim w farmy wiatrowe) nie wypełniają w odpowiednim stopniu zapotrzebowania tego kraju na energię.

O niewydolności systemu mogła przekonać obserwatorów zwłaszcza ostatnia, mroźna zima. We wrześniu Frankfurter Allgemeine Zeitung informował, że ze względu na wzrost konsumpcji energii i słaby wiatr nasz zachodni sąsiad musiał zwiększyć udział węgla w produkcji energii z 22 do 27%.

Nie lepsza sytuacja panuje w Holandii. Udział węgla w produkcji energii elektrycznej wzrósł tam o 50% rok do roku i obecnie z tego źródła pozyskuje się 10% energii w kraju (w stosunku do 50% z elektrowni gazowych). Tamtejszy urząd statystyczny podał, że o ponad 10% w stosunku do analogicznego okresu zeszłego roku wzrosła na koniec II kwartału 2021 emisja gazów cieplarnianych.

Pomimo tego, że Polska jest największym producentem węgla w Unii Europejskiej (i obok Czech jednym z dwóch krajów Unii produkujących węgiel kamienny), sytuacja w naszym kraju jest jeszcze bardziej kuriozalna. Nie dość, że w grudniu rząd zgodził się na redukcję emisji CO2 o 55% do roku 2030 względem roku 1990, to jeszcze od wielu lat importujemy znaczne ilości węgla z zagranicy. Szokujące jest jednak to, że pierwsze miejsce wśród naszych kontrahentów, co do ilości importowanych ton węgla zajmuje Rosja. Nic dziwnego, że nasze problemy związane z transformacją potrafią, jak widzieliśmy, wyprowadzić z równowagi nawet ministra Piotra Naimskiego.

W marcu br. w odpowiedzi na interpelację posłanki KO, Krystyny Skowrońskiej, wiceminister aktywów państwowych, Artur Soboń, stwierdził, że całkowity wolumen importu węgla do Polski w 2020 roku wyniósł 12,82 mln ton. Import rosyjski był odpowiedzialny niemal za ¾ całości. Z wypowiedzi ministra możemy dowiedzieć się także, że jedną z przyczyn tak wysokiego importu jest niedobór węgla o odpowiednich parametrach, np. niektórych węglów koksowych. Jednocześnie podkreślił on, że import węgla jest realizowany przede wszystkim przez podmioty prywatne i opiera się o kontrakty wieloletnie.

Prawdą jest, że import węgla był w 2020 roku zredukowany (prawie 4 mln ton mniej niż w 2019 roku i prawie 7 mln ton mniej niż w rekordowym roku 2018), jednak nawet osoba niebędąca specjalistą od energetyki może odnieść wrażenie, że ta sytuacja jest głęboko niezdrowa – tym bardziej, że dane z pierwszej połowy 2021 roku wskazują wzrost o 15% r/r.

Warto jednak pamiętać, że w krótkim terminie przeżywamy węglową koniunkturę. Powszechna w Europie drożyzna spowodowała relatywny spadek cen węgla. Polskie kopalnie notują, więc nadspodziewane zyski i mają okazję pozbyć się zmagazynowanych nadwyżek. Idzie za tym znaczny wzrost produkcji w elektrowniach węglowych (nawet o 1/3 r/r).

Z realizacją zapotrzebowania na węgiel i gaz mają ogromny problem również USA i Chiny. W USA jest to przede wszystkim kwestia nadmiernego eksportu, jednak w państwie środka dochodzi nawet do wyłączenia niektórych kotłów w elektrowniach. Jakby tego było mało, podczas wrześniowej sesji ONZ przywódca Państwa Środka, Xi Jinping, zapowiedział wstrzymanie finansowania inwestycji węglowych poza granicami kraju.

Jest to jednak małe pocieszenie dla krajów Europy dotkniętych brakiem paliw kopalnych oraz brakiem lokalnej produkcji węgla i zwłaszcza gazu. Bezpieczeństwo energetyczne przegrywa z ideologią. W Polsce powinno to być szczególnie alarmujące, gdyż pierwsze farmy wiatrowe to kwestia minimum 5 lat oczekiwania, a pierwszy blok elektrowni atomowej – minimum 12 lat.

Wobec przymusowej rezygnacji z węgla pozostaje nam gaz ziemny i wszystkie niebezpieczeństwa z nim związane. Świadczy o tym emocjonalny, choć kto wie czy niespóźniony protest byłego już wiceministra aktywów państwowych:

źródło fot. unsplash.com

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy