“Z dystansem, wszystko trzeba wyjaśnić”

Nie milkną komentarze wokół zamieszek na Marszu Niepodległości.
Organizatorzy biorą pełną odpowiedzialność wyłącznie za zmotoryzowany przejazd ulicami Warszawy. Kategorycznie odcinają się od chuligańskich zachowań.


Zgodnie z prośbami rządu tegoroczny marsz odbył się w innej, zmotoryzowanej formule ze względu na panującą pandemię. Rzecznik Stołecznej Policji podczas konferencji prasowej poinformował, że łącznie wylegitymowano 700 osób. Za czyny mające charakter przestępstwa zatrzymano 36 osób. Na miejscu wystawiono też ponad 260 mandatów. Podkreślił również, że w zamieszkach ulicznych wzięli udział głównie chuligani, znani policji i związani ze społecznością pseudokibiców.

Cztery incydenty


Podpalenie mieszkania przy ul. 3 maja, zamieszki na stacji Warszawa Stadion, race wystrzelone przy salonie Empik oraz nakaz opuszczenia pojazdów przez uczestników marszu zmotoryzowanego i dotarcie do centrum Warszawy pieszo. Te sprawy po tegorocznych obchodach niepodległości w stolicy budzą największe emocje. Według opinii publicznej, mogą one mieć znamiona prowokacji, a nie tylko chuligańskich wybryków.

Prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości zażądał dymisji szefa policji – gen. Jarosława Szymczaka. Jako argument podał przede wszystkim agresję funkcjonariuszy oraz zarządzenie drogówki, która nakazała uczestnikom zostawiać samochody na Woli i do centrum dostać się pieszo. „Stąd po godzinie 14:00 zauważyliśmy tak dużą liczbę pieszych” – podkreśla rzecznik Marszu, Damian Kmita. Policja nie dopuściła, aby pojazd techniczny mógł wjechać pod Stadion Narodowy. Miał on organizatorom pomóc w nagłośnieniu komunikatu o rozproszeniu się zgromadzonych. Tym samym wg Stowarzyszenia stołeczna policja miała złamać wspólne ustalenia.

W trakcie marszu ranny został Tomasz Gurty, 74-letni dziennikarz, współpracujący między innymi z „Tygodnikiem Solidarność”. Policja odniosła się do tej sprawy na swoim profilu Facebook.

O ewidentne zaniechania zostali oskarżeni stołeczni policjanci. W sieci pojawił się filmik oraz relacje dziennikarzy, którzy zostali pobici przez funkcjonariuszy. Jak dotąd policja nie odniosła się do tego wydarzenia. Reakcja funkcjonariuszy budzi sporo wątpliwości. Prezes Stowarzyszenia Marsz Niepodległości podkreślał, że zadaniem policji jest wyłapywanie chuliganów i ochranianie zgromadzenia, a nie eskalowanie starć i agresji.

Link do nagrania:
https://www.youtube.com/watch?v=ZANpg5Hpcl0


Kto prowokował?


Zastanawiający przykład, który można by uznać za policyjną prowokację przypomniał dr. hab. Andrzej Zapałowski, ekspert ds. bezpieczeństwa narodowego, wykładowca na Uniwersytecie Rzeszowskim. Zwrócił on uwagę na jedno z nagrań, na którym rozpędzony demonstrant atakuje jednego z funkcjonariuszy, stojącego w kordonie policji z tarczami w ręku. Sugeruje, że żadna osoba w pełni sprawna umysłowo, nie użyje wobec funkcjonariusza publicznego siły (grożą za to 2 lata więzienia), chyba że dostała od policji gwarancję nietykalności. Atakując w ten sposób, zgodnie z taktyką oddziałów prewencji, osoba taka powinna zostać od razu pojmana. A tak się nie stało.

Zapałowski podkreślił, że doskonale zna realia pracy operacyjnej poszczególnych służb i nie ulega wątpliwości, że wszystko było skrupulatnie monitorowane z pomocą kamer i dronów. Jeśli mamy do czynienia z marszami otwartymi, to są w stanie dołączyć się do niego różne grupy. Mogą to być wymienione przez policję grupy kibiców, ale nie sposób wykluczyć tutaj prowokacji – dodał ekspert.

„Jeżeli chodzi o grupy kibicowskie, nie jest żadną tajemnicą, że w każdym poważnym kraju na świecie, policja ma w każdej grupie osobowe źródła informacji, więc jest w stanie wiele rozpoznać. Nie ma też tajemnicy, że w takich marszach – z resztą widzieliśmy to wczoraj – bardzo duże grupy funkcjonariuszy są po cywilnemu i udają manifestujących”


Doktor Zapałowski podkreśla, że wszystkie incydenty trzeba dokładnie przeanalizować i zbadać rolę określonych osób, w tym zachowanie policji. Należy bezwzględnie ukarać osobę, która dopuściła się wypuszczenia racy, powodującej podpalenie mieszkania – pracowni Stefana Okołowicza, artysty zajmującego się twórczością Witkacego.

„Moim zdaniem była prowokacja. Był nad tym mieszkaniem transparent STRAJK KOBIET. Na sąsiednim budynku znajdowała się kamera TVN, która powinna nagrać wszystko – rozdzielczość pozwala na doskonałą identyfikacje danej osoby. Nawet jeśli jest w maseczce, uda się to zrobić, analizując siatkówkę oka” – podkreśla profesor.



Profesor przypomniał fakt z Marszu Niepodległości w 2013r. Wtedy miało miejsce podpalenie budki pod ambasadą rosyjską. Do prowokacji przyznała się Platforma Obywatelska. W późniejszych latach marsze odbywały się niezwykle pokojowo. Aż do tegorocznego.


Akurat, kiedy mamy w Polsce bardzo duże napięcie społeczne okazuje się, że dochodzi do wielkich burd”


Kolejne dni zapewne wyjaśnią nam burzliwy przebieg tegorocznych obchodów Święta Niepodległości. „Ja bym do wielu kwestii związanych z awanturami podchodził na razie z dystansem, bo to wszystko trzeba dokładnie wyjaśnić” – podkreślił doktor Zapałowski.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy