Wokół kredytów we frankach szwajcarskich

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał orzeczenie w kwestii kredytów frankowych w Polsce. Mówi ono, że to sąd krajowy powinien ocenić kwestię utrzymania warunków umowy o kredyt. Również to sąd krajowy powinien poinformować konsumenta o konsekwencjach unieważnienia umowy zawartej z bankiem. Orzeczenie Trybunału spowodowało, że wróciła dyskusja nad odpowiedzialnością kredytobiorcy za kłopoty w które popadł.

„Frankowicze” nie byli wystarczająco informowani o ryzyku

Problem polega na tym, że nie wszyscy biorący kredyty rozumieli na czym ryzyko polega. Zaciągając kredyty na wiele lat w większości nie mieli rozeznania w pułapkach i niebezpieczeństwach jakie wiążą się ze zmianami kursu walutowego przy krótkiej pozycji o dużej wartości. Nie mieli wystarczającego doświadczenia. 

Pojęcie doświadczenia generalnie odnosi się do wiedzy, jak wykonać pewne zadania. Filozofowie nazywają wiedzę opartą na doświadczeniu wiedzą empiryczną lub wiedzą a posteriori. Przecież tylko wiedza, czym może skończyć się niewypłacalność w razie zmiany kursu franka (utratą nieruchomości, pozostałego majątku, dramatem rodziny, bezdomnością itp.), mogłaby skłonić kontrahentów do głębszej refleksji przed przyjęciem teoretycznie korzystnej oferty. Gdyby byli rzetelnie informowani nie doszłoby do większości dramatów.

Kredytobiorcy nie dostawali franków szwajcarskich

Jednym z największych skandali jest to, że w ogromnej większości kredyty były „frankowe” tylko z nazwy. W obrocie z kredytobiorcami franków nie było, a banki obracały frankiem tylko na rynku międzybankowym, przy czym ryzykiem walutowym tych transakcji obciążyły wierzycieli. 

Nie mieli oni nawet szansy, aby samodzielnie zadysponować walutą – banki nigdy nie oddały im do dyspozycji franka – jak tego wymaga 

Artykuł 69, ust. 1 Prawa Bankowego

Przez umowę kredytu bank zobowiązuje się oddać do dyspozycji kredytobiorcy na czas oznaczony w umowie kwotę środków pieniężnych z przeznaczeniem na ustalony cel, a kredytobiorca zobowiązuje się do korzystania z niej na warunkach określonych w umowie, zwrotu kwoty wykorzystanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych terminach spłaty oraz zapłaty prowizji od udzielonego kredytu.

Tak więc twierdzenie, że kredytobiorcy żadnych franków nie dostali – zatem nie ma podstaw do ich zwrotu – jest słuszne. Banki handlowały frankiem w imieniu i na rachunek własny i we własnym interesie. Co gorsza, obciążały klientów spreadem pomimo braku obrotu walutą. 

Komu przyznawano kredyty we frankach?

Okazuje się, że kredyty tego typu, banki przyznawały w dużej mierze ludziom, którzy nie posiadali wystarczającego zabezpieczenia majątkowego. Często były to osoby, które nie miały zdolności kredytowej na otrzymanie kredytu złotówkowego, czyli nie miały szans by w razie zawirowań na rynkach walut i wzrostu ceny franka szwajcarskiego mogły pożyczkę spłacić.  Niedopuszczalne!

Banki wiedziały co robią

Współczesna gospodarka oparta została na regułach neoliberalnych. Prowadzą one do nierównowagi między wielkim międzynarodowym kapitałem, korporacjami, a społeczeństwem (małymi firmami i zwykłymi ludźmi). To przenosi się w oczywisty sposób na stosunek między wierzycielami i dłużnikami. Kredytodawcy wykorzystują swoją przewagę posługując się skomplikowanymi instrumentami finansowymi niezrozumiałymi dla przeciętnego obywatela. Mają większy dostęp do informacji, kompetencje i doświadczenie. Tym samym całość ryzyka finansowego przerzucają na słabszą stronę kontraktu. Jedna strona miała pełne pole manewru, druga nie. Ze strony banków jest to działanie nieuczciwe i prowadzące do wyzysku.

A co z asekuracją?

Tutaj najpełniej ujawnia się asymetria w podziale ryzyka. Banki są systemowo uprzywilejowane. Gdy mają problemy zwracają się o pomoc do banku centralnego, do państwa. A kto zagwarantuje zatrudnienie na 30 lat osobie zaciągającej kredyt, aby mogła go spłacić? – nikt. 

Kredytobiorcy gwarantują bankom zyski nawet w okresie dekoniunktury. Ich nie chroni praktycznie nic. Komu służy państwo, które nie chroni swoich obywateli przed podpisywaniem skrajnie niekorzystnych, a nawet oszukańczych umów?  

Czy banki intencjonalnie narażały klientów? 

Tego zapewne udowodnić się nie da, ale wiele wskazuje, że tak. Kiedy w Stanach Zjednoczonych i zachodnich krajach europejskich kryzys ekonomiczny lat 2007-8 trwał w najlepsze w Polsce nadal udzielano kredytów „frankowych”. Robiono to przy pomocy nachalnej reklamy w mediach, także publicznych. W kampaniach reklamowych, do których włączano celebrytów, brały udział armie doradców finansowych przekonujących, że frank szwajcarski to jedna z najbardziej stabilnych walut świata. 

Bankowcy musieli wiedzieć, że na skutek kryzysu rynek nieruchomości runie, a klienci kupujący je po zawyżonych cenach zostaną oszukani. W takiej sytuacji bank nie tylko zabierał im nieruchomości kupowane za kredyt, ale i całe oszczędności nie mające nic wspólnego z kredytem.  Nie dziwi to specjalnie, gdyż, jak wiadomo, zyski banków wynikają właśnie z niestabilności walut i cen surowców, czyli ze spekulacji. Zadanie mają ułatwione, gdyż posiadają nieograniczony dostęp do informacji gospodarczych i politycznych, a ponadto same mogą sterować giełdami i kursami walut, choćby poprzez skup aktywów lub wystawianie rekomendacji. Klasyczne pojęcie uczciwości umarło, bank zyskuje nawet wtedy, kiedy jego klienci tracą majątki.     

Banki musiały wiedzieć, że kredyty walutowe, które sprzedawały były toksycznymi instrumentami finansowymi i od samego początku powinny być ograniczone tylko do osób, które zarabiają w walucie kredytu. Nie zrobiły tego i teraz powinny ponieść konsekwencje.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy