W drodze po atom

Uchwała rządu z początku lutego przywróciła dyskusję na temat potrzeby budowy elektrowni atomowej w naszym kraju. Czy Polskę stać na to? Czy to rozwiązanie jest bezpieczne i opłacalne? Jakie mogą być przeciwwskazania? I dlaczego pomimo tego, że elektrownię „budowały” kilkadziesiąt lat temu w Żarnowcu władze PRL-u, do dziś nie zakomunikowano decyzji o nowej lokalizacji?

Nowy strategiczny dokument

2 lutego Rada Ministrów zatwierdziła „Politykę energetyczną Polski do 2040 roku”. Na razie na stronach rządowych można znaleźć jedynie jej streszczenie. Pełna treść wraz z uchwałą ma zostać zaprezentowana niebawem w Monitorze Polskim. Minister klimatu i środowiska Michał Kurtyka chwali dokument jako wyznaczający kierunki rozwoju sektora paliwowo-energetycznego. Jednym z jego najważniejszych założeń jest budowa sześciu bloków elektrowni jądrowej o mocy 1-1,6 GW. Pierwszy z nich zgodnie z planem ma zostać uruchomiony w 2033 roku.

Trudna historia polskiej energetyki atomowej

Po wieloletnim okresie przygotowań, który skutkował powstaniem dwóch próbnych reaktorów: „EWA” i „MARIA” w stanie wojennym rząd podjął uchwałę o budowie elektrowni w Żarnowcu. Jak wiele inwestycji w poprzednim systemie, ta również zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Jej ukończenie planowane było na rok 1990, ale prace zostały przerwane. W dużej mierze przyczyniła się do tego katastrofa bloku nr 4 elektrowni w Czarnobylu w roku 1986.

Do 2009 roku nic nowego w tej sprawie się nie działo. Wtedy rząd PO-PSL zdecydował o podjęciu prac nad nowym programem energetyki jądrowej. Dwa lata później Polska Grupa Energetyczna rozważała już trzy lokalizacje elektrowni. Obok Żarnowca wymieniała jeszcze Choczewo i Gąski.

Portal Business Insider dotarł do informacji, że w tym roku Rada Ministrów rozważa w sumie 4 lokalizacje, z czego tylko dwie znajdują się na Pomorzu (Lubiatowo-Kopalino i Żarnowiec). Oprócz tego brana pod uwagę jest jeszcze Wielkopolska (okolice elektrowni Pątnów) i województwo łódzkie (Bełchatów). O tej ostatniej lokalizacji wspomniał w zeszłym roku Antoni Macierewicz dziękując min. Piotrowi Naimskiemu za udział w projekcie. Informację marszałka-seniora szybko zdementowało jednak ministerstwo klimatu, mówiąc o nadmorskim położeniu nowej elektrowni. Do zalet Bełchatowa należy świetna infrastruktura i położenie w centralnej części naszego kraju. Jednak wielu ekspertów mówi, że tego typu obiekt nie może tam powstać, ze względu na właściwości geologiczne terenu, które nie spełniają wyśrubowanych standardów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Według nich jest tam zbyt duże ryzyko wystąpienia osuwisk i uskoków.

Czy atom się opłaca?

Budowa 6 planowanych bloków to koszt kilkudziesięciu miliardów złotych (raczej bliżej 90 niż 20). Doświadczenie pokazuje również, że trzeba wkalkulować nieprzewidziane wydłużenie terminu budowy i znaczne zwiększenie pierwotnie przewidzianych nakładów.

Dodatkowo przeciwnicy tego rodzaju energii mówią o ryzyku katastrof, takich jak te w Czarnobylu i Fukushimie. Dodatkowo wskazują, że rezygnację z atomu zapowiedziały Niemcy, Francja natomiast zapowiada redukcję swoich reaktorów o jedną czwartą. Kolejnym argumentem przeciwko jest kwestia przechowywania odpadów radioaktywnych.

Wszystkie te argumenty są jednak mało przekonujące w świetle tego, że Polska będzie padała ofiarą coraz silniejszej presji ze strony państw chcących wyeliminować wysokoemisyjne źródła energii.

Rosnące koszty emisji dwutlenku węgla i zmniejszająca się rentowność polskich kopalni sprawia, że chcąc uniknąć z jednej strony uzależnienia od importu węgla kamiennego, a z drugiej od zbyt wysokich nakładów na energię odnawialną – będziemy musieli znaleźć jakiś sposób na odnalezienie niezależności energetycznej.

Budowa elektrowni to także decyzja o znaczeniu strategicznym z innego powodu – w sposób oczywisty wiąże ona politycznie z państwem, które jest dostawcą technologii (i ewentualnie offsetu oraz finansowania). Choć najbardziej zaawansowane są rozmowy z Amerykanami, chęć współpracy z Polską przy budowaniu elektrowni atomowej zadeklarowali także Francuzi.

Niemcy z kolei po katastrofie w Fukushimie stopniowo zdecydowały o rezygnacji z atomu. Katastrofa, wskutek której bezpośrednio zginęła tylko jedna osoba, była jednak dla Niemiec tylko pretekstem. Specyfikę niemieckiej doktryny energetycznej opisał kilka lat temu Jakub Wiech w książce „Energiewende. Nowe niemieckie imperium”. Jego zdaniem głównymi częściami Energiewende są: „odejście od spalania węgla, wygaszenie elektrowni jądrowych i oparcie miksu energetycznego na odnawialnych źródłach energii wspieranych mocami gazowymi”.

Pomimo tego, że energia pozyskiwana z atomu jest czysta, Niemcy torpedują wszelkie próby finansowania elektrowni jądrowych ze środków unijnych. Prowadzi to do uzależnienia państw europejskich od importu niemieckich technologii pozyskiwania energii odnawialnej, które muszą w dodatku być wspierane energią gazową. Niemcy będą pośrednikiem tej ostatniej za sprawą gazociągów Nord Stream i Nord Stream 2.

Energia atomowa – zalety

  • jest czysta;
  • pozostawia niewiele odpadów, choć są one radioaktywne;
  • ma najwyższy współczynnik wykorzystania mocy (dużo większy niż OZE);
  • prowadzi do uniezależnia energetycznego (nie wymaga dodatkowego importu gazu do stabilizowania miksu energetycznego);
  • jest najwydajniejszym zastępnikiem węgla kamiennego i brunatnego;
  • nie wytwarza gazów cieplarnianych.

Na koniec ciekawostka

Partia Zielonych (nie polska, tylko niemiecka) zleciła sporządzenie raportu na temat… skutków katastrofy polskiej elektrowni jądrowej. Dokument powstał i nosi tytuł: „Modelowanie hipotetycznego dużego incydentu jądrowego w Polsce z 1096 sytuacji meteorologicznych oraz analizy transgranicznych oddziaływań środowiskowych na kraje europejskie oraz jej mieszkańców”. Raport jest oparty na scenariuszu tzw. katastrofy nad projektowej. Wynikałaby ona z niezastosowania nawet elementarnych systemów bezpieczeństwa przewidzianych dla elektrowni atomowej. Wskutek katastrofy miałoby ucierpieć prawie 900 tysięcy mieszkańców państw Unii. Nieodpartym, choć może trochę zbyt uproszczonym wnioskiem z dokumentu jest stwierdzenie, że poważny szereg awarii w reaktorze atomowym, który jest niczym nieosłonięty i pozostawiony samemu sobie, może doprowadzić do takiej tragedii, przy której Czarnobyl to igraszka. I nie ma żartów.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy