Szkolnictwo publiczne i prywatne – wady i zalety

Wolnorynkowcy są zainteresowani zróżnicowanym systemem szkolnym, w którym jest szansa realizacji różnych koncepcji pedagogicznych. Rodzice i młodzież powinni mieć prawo wyboru szkoły publicznej, a najlepiej niepublicznej, prowadzonej przez stowarzyszenia i inne osoby prawne lub fizyczne. Istotne w tych poglądach i działaniach jest praca na rzecz przełamania monopolu państwa w dziedzinie edukacji i rozszerzenia katalogu praw obywatelskich o prawo do wyboru szkoły zgodnie z przekonaniami i oczekiwaniami rodziców i młodzieży.

Ekonomista Guy Sorman przywołuje tutaj autorytet w dziedzinie ekonomii edukacji Caroline Hoxby: „edukacja jest przedsiębiorstwem takim jak inne”. Podobnie wyrażał się Milton Friedman, zauważając, iż edukacja jest takim samym towarem jak komputery czy buty i powinna podlegać rynkowym regułom. Ale w wielu krajach nie jest ona traktowana jak towar, lecz świadczenie społeczne. Tyle, że wyjęcie edukacji spod działania rynku prowadzi do jej degeneracji. Jest to tak proste, że politykom nie mieści się w głowie. 

Pytaniem do rozważań pozostaje kwestia czy to przedsiębiorstwo jest dochodowe i przynosi zyski. I czy należy traktować, całość państwa albo rodzinę jak korporację – firmę.

Centrum Adam’a Smith’a przywołuje badania, z których wynika, że koszty wychowania dzieci liczone jako wydatki na wychowanie i utrzymanie dziecka są stosunkowo wysokie i sięgają od 15 do 30% budżetu polskich rodzin. Pełne koszty wychowania dziecka są jeszcze wyższe, gdyż biorą w rachubę koszty postradanych lub mniejszych dochodów na skutek ograniczeń w podejmowaniu aktywności zarobkowej wynikających z trudnego poświęcania; czasu, opiece i wychowywaniu dzieci. 

Dzieci mogą być, z ekonomicznego punktu widzenia, traktowane jako kapitał, który ma przynieść w przyszłości wyższe dochody. Jego wartość zależy od tego, czy i jak się inwestuje. Koszt wychowania jednego dziecka w Polsce mieści się w przedziale od 176 000 zł do 190 000 zł, a dwójki dzieci od 317 000 zł do 350 000 zł.

Jan Wróbel publicysta i dyrektor I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego Bednarska w Warszawie, autor książki „Jak przetrwać szkołę i nie zwariować”, zwrócił uwagę na finansowe zależności szkoły:  

  • Naprawdę dobry biznesplan polskiej edukacji uwzględniłby, że zapał razy wiedza razy „wiem i potrafię” Polaków i Polek są warte wydawanych na edukację pieniędzy. 
  • W Polsce nie dyskutujemy o pieniądzach w oświacie, lecz o ich braku. Nie o tym, jak są wydawane, lecz o tym, kto ich dostaje za mało. 
  • Nie wiemy, jak odróżnić dobre, zwracające się wydatki od wydatków nietrafionych.  Okazałoby się, że literalnie nikt nie panuje nad wydatkami na edukację. 
  • Nie jest celem edukacji płacenie nauczycielom po to, aby mieli pracę ani szkołom, aby były. Celem edukacji jest wspieranie uczennic i uczniów.
  • Nikt w Polsce nie pyta o sens uczenia jakiegokolwiek przedmiotu. Nie wiemy, jakie formułować wnioski, gdyby się okazało, że angielski jest za drogi albo że angielski tak się edukacji opłaca, iż w zamian za likwidację chemii moglibyśmy znacząco podnieść wyniki nauczania tego języka. Albo odwrotnie – to właśnie chemia powoduje taki przyrost umiejętności syntezy wyobraźni przestrzennej, matematyki i samodzielnego rozumowania, że na nią właśnie przerzucamy środki kosztem innych przedmiotów.

B. Ptaszyńska znając kwestie od strony praktycznej, dostrzega następujące problemy: 

  • nakłady na badania i rozwój (…) utrzymują się na stabilnym, ale stosunkowo niskim poziomie;  
  • nakłady na badania i rozwój finansowane są w większości ze środków publicznych; 
  • wydatki na edukacje i naukę nadal są przez rząd traktowane jako wydatki konsumpcyjne, obciążające budżet, nie zaś jak nakłady o charakterze rozwojowym.

Nie tylko szkoła polska jest zła i niewydolna, ale jak sugeruje Peter Drucker również europejska, bo wciąż działa jak w społeczeństwie przemysłowym, którego już nie ma. Każdy dolar wydany w amerykańskim systemie edukacyjnym przynosi 17-20 dolarów zysku, a w najlepszych szkołach średnich i uczelniach – 90 dolarów. W Europie ten przelicznik wynosi 2-3 dolary, a w najlepszych szkołach 9-10 dolarów. 

Znawcy przedmiotu uważają, że tylko efektywna edukacja jest największym stopniu źródłem dobrobytu. Irlandia i Finlandii postawiła na edukację i innowację, a efekty są dostrzegalne. Jednak Lant Pritchett, ekonomista z Uniwersytetu Harvarda, przeanalizował dane z kilkudziesięciu krajów i wnioskował, że nie ma żadnej pozytywnej zależności między ilością formalnej edukacji jaką otrzymują obywatele kraju, a wzrostem gospodarczym. w wielu przypadkach ta zależność jest negatywna.

Pojawia się również zainteresowanie szkolnictwem pod względem kosztów przymusu. Aaron Smith przypomniał na stronach Instytutu Misesa, że ustawy; „Elementary and Secondary Education Act” z 1965 r. i „No Child Left Behind Act” z 2001 r.  skutkowały tylko nieefektywnymi wydatkami, nowymi warstwami biurokracji i postępującym pogarszaniem się wyników uczniów. 

Milton Friedman w swoich postulatach rozważał wzrost i rozszerzenie możliwości kształcenia. Powszechna oświata społeczeństwa powinna realizować określone cele, stać na straży wartości etycznych bez których nie jest możliwe istnienie stabilnego i demokratycznego społeczeństwa. System finansowania przez rząd całości lub większości szkolnictwa jest niewłaściwy, gdyż pociąga za sobą znaczne koszty standardu wykształcenia. Większość rodzin w Stanach Zjednoczonych może ponosić koszty wynikające z obowiązku szkolnego. Jedynie w skrajnych przypadkach powinny być stosowane specjalne subwencje dla biednych rodzin. Ważne są również subwencje rządowe w niektórych typach szkolnictwa, takich jak szkoły podstawowe i ogólnokształcące. Rolę rządu sprowadza do przygotowania programu minimum wspólnego dla wszystkich szkół. Powinien następować rozwój szkolnictwa prywatnego, które podobnie jak szkolnictwo państwowe objęte byłoby subwencjami pod warunkiem, że byłby to rodzaj edukacji uznany przez rząd za wart subwencjonowania. 

Monetarysta Friedman podaje dane statystyczne: „wydatki, zarówno rządowe, jak i pozarządowe, na edukację szczebla podstawowego, średniego i wyższego zwiększyły się od 1929 roku ponad dwukrotnie, jeśli weźmiemy pod uwagę ich procentowy udział w dochodzie narodowym. Wzrosły one z 3,8 procent dochodu narodowego w 1929 roku do 8,5 procent w 1981. Wydatki na jednego ucznia w szkołach podstawowych i średnich (biorąc pod uwagę inflację) wzrosły w tym samym czasie ponad pięciokrotnie (z 395 do2.275 dolarów)”. 

Przyczyny upadku widzi Friedman w centralizacji i biurokratyzacji szkolnictwa państwowego. Zwrócił uwagę na jeszcze jeden problem, a mianowicie zastępowanie rodziców w decydowaniu, czego i jak powinny się uczyć nasze dzieci.

Większościowe grupy osiągające gorsze rezultaty ekonomiczne zazwyczaj odstają również w sferze edukacji zarówno pod względem ilościowym jak i jakościowym. Ich przedstawiciele studiują zwykle na kierunkach łatwiejszych i specjalnościach niezwiązanych z naukami ścisłymi, co z kolei przekłada się na mniej obiecujące kariery zawodowe lub nawet bezrobocie. Powyższe rozważania znajdziemy właśnie w pracy T. Sowell’a „Bieda. Bogactwo i polityka w ujęciu globalnym”. 

Określenie „dobrze wykształcony bezrobotny” powstało w wieku XIX w odniesieniu do młodzieży czeskiej, jednakże w XX wieku, przyjęło się w wielu krajach świata, w których pojawili się liczni „wykształceni bezrobotni”. Ludzie z tytułami naukowymi, a bez ekonomicznie przydatnych umiejętności stają w obliczu osobistych rozczarowań i żywią pretensje wobec innych. Bywa też, że wywierają negatywny wpływ na gospodarkę, a nawet stają się źródłem niebezpieczeństwa, gdy swoje oburzenie kierują do odnoszących sukcesy mniejszości, polaryzując społeczeństwo pod względem etnicznym. 

Sowell podkreśla, że w wielu krajach liczba „wykształconych bezrobotnych” jest tak duża, że stanowią oni przykład marnotrawstwa cennych zasobów przeznaczonych na ich edukację. Podkreśla także, że jeśli już znajdują pracę na stanowiskach urzędniczych w sektorze państwowym, bo w sektorze prywatnym pracodawcy nie dysponują pieniędzmi podatników, rynkowy popyt na ich usługi jawi się jako nieprzydatny.

Można próbować obliczać również kalkulowaną, przyszłą, zamożność uczniów. M. Rabij z tygodnika „Newsweek” w tekście „Nie każdemu opłaca się studiować” podaje za L. Kotlikoff, ile na bieżące wydatki mieć będą w wieku sześćdziesięciu lat rówieśnicy, którzy obiorą tuż po szkole różne ścieżki kariery. Okazało się, że lekarz przed pójściem na emeryturę będzie mieć do wydania niewiele ponad 423 dolary rocznie więcej od kolegi, który został hydraulikiem. „Pewne jest więc tylko to, że nam, akademikom, opłaca się utrzymywać przekonanie o silnym wpływie wykształcenia na poziom życia”.

Zwolennik wolnego rynku, Ronald Reagan, podczas kampanii prezydenckiej określił edukacje jako dziedzinę, o którą trzeba się niezwłocznie zatroszczyć. Kandydat Reagan był zwolennikiem czterech zmian:

  1. Redukcji federalnej kontroli na edukacją. Zaproponował on blokowe dotacje na edukację z kontrolą mającą przypadać stanowym lub lokalnym społecznościom oraz likwidację wymagania dwujęzycznego wykształcenia.
  2. Zwolnień podatkowych z tytułu opłacania czesnego, aby pomóc rodzicom w zdobyciu pewnej kontroli nad wykształceniem ich dzieci.
  3. Eliminacji busingu, czyli dowożenia uczniów z jednego obszaru szkolnego do innego w celu integracji rasowej.
  4. Likwidacji Departamentu Edukacji, który został utworzony jako niezależny departament całkiem niedawno, bo we wrześniu 1979 roku, przez prezydenta Cartera pod naciskiem Towarzystwa Edukacji narodowej (National Education Association), które stało się głównym lobby politycznym.

A. Giddens podaje, że zwolennicy prywatyzacji szkół uważają, iż: 

  • władze stanowe i federalne okazały się niezdolne do poprawy poziomu nauczania w szkołach państwowych,
  • system oświaty jest nieoszczędny i przesadnie zbiurokratyzowany, 
  • niewspółmiernie duże środki są w nim przeznaczone na „pozapedagogiczne” koszty administracyjne,
  • system szkolnictwa jest mało elastyczny i słabo podatny na innowacje, 
  • silne związki zawodowe utrudniają zwalnianie niekompetentnych nauczycieli. 

Rektor London School of Economics and Political Science zauważa także, że prywatyzacja miałaby się okazać lekarstwem dla edukacji: 

  • firmy działające dla zysku skuteczniej zarządzają szkołami i osiągają lepsze wyniki stosując logikę sektora prywatnego, 
  • dobrych nauczycieli mają zachęcać do pracy i zatrzymywać w szkołach; wynagrodzenia uzależnione od wyników w nauczaniu, podczas gdy gorszych nauczycieli łatwiej będzie się pozbyć, 
  • konkurencja w szkołach i konkurencja międzyludzka mają stymulować konkurencyjność, zapał i innowacyjność.

Znany amerykański dziennikarz J. Stossel zastanawia się, dlaczego oświata też nie może tak wyglądać: „gdyby można było wybierać szkołę dla swojego dziecka możliwości edukacyjne byłyby nieskończone. Szybko pojawiłyby się szkoły wykorzystujące nowoczesne technologie, tanie szkoły-odpowiedniki supermarketów z najniższymi cenami, szkoły wirtualne, w których dzieci uczyłyby się w domu, na swoich komputerach, szkoły sportowe i muzyczne, szkoły całoroczne, szkoły w których obowiązują mundurki, szkoły, które zaczynałyby pracę wcześniej i kończyły później, i licho wie, jakie jeszcze. Gdyby istniała na tym polu konkurencja, nastąpiłby wysyp najróżniejszych pomysłów”.

W Polsce tworzy się coraz więcej małych organizacji związkowych tylko po to, by chronić niekompetentnych pedagogów, a dyrektorzy szkół muszą zwalniać kompetentnych, którzy nie podlegają ochronie związkowej. Jednym z winowajców zastanego porządku jest tzw. „Karta Nauczyciela”. Dokument z okresu stanu wojennego, uchwalony 26 stycznia 1982 roku. Powstała w interesie rządzących, aby się zabezpieczyć przed falą strajków w szkołach organizowanych przez działaczy „Solidarności”. W opinii ekspertów wynosiła zawód nauczyciela ponad inne zawody. Nauczyciel ma zagwarantowane: tzw. płacenie z góry, 14 różnych dodatków w tym dodatek wiejski, 3 letni płatny urlop dla podratowanie zdrowia, 18 godzinne pensum, blisko 160 dni wolnych w roku kalendarzowym od zajęć lekcyjnych. Polski system wynagradzania pedagogów nie jest uzależniony od jakości pracy.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy