Powroty do Polski. Wielka fala przed nami

Z Wielkiej Brytanii do Polski wróci ok. 400 tys. osób – tylu Polaków nie złożyło wniosku o status osiedleńca, a brexit, który zakończy się 31 grudnia, uniemożliwi im życie i pracę na Wyspach Brytyjskich. Od Nowego Roku będą tam bowiem nielegalnymi imigrantami, podobnie jak rzesza innych obywateli państw członkowskich Unii Europejskiej, którzy zrezygnowali ze złożenia wniosku.

Polacy, którzy w połowie pierwszej dekady nowego tysiąclecia wyjechali za granicę w poszukiwaniu pracy i lepszego życia, a przede wszystkim ci, którzy osiedlili się na Wyspach Brytyjskich, wracają do ojczyzny bardzo powoli. Część z nich z pewnością zostanie, bo posprowadzało lub pozakładało na obczyźnie swoje rodziny – taka przeprowadzka mogłaby być dla nich zbyt dużym wyrzeczeniem.

Ci, którzy wrócą, będą ściągać powoli, choć z pewnością pojawią się na rynku pracy już w grudniu.


Brytyjska Polonia była największą grupą emigrantów zarobkowych w świecie. Oczywiście znacznie większa Polonia mieszka w Stanach Zjednoczonych, jednak na amerykańskiej ziemi pojawiali się przede wszystkim uchodźcy polityczni, zmuszeni do wyjazdu z komunistycznej Polski.


Nie tylko 500+


W Londynie, Manchesterze i Edynburgu pojawili się przede wszystkim ludzie młodzi, którzy – zgodnie z obowiązującym wówczas marzeniem i przekonaniem – pojechali na Wyspy po to, żeby ciężką pracą dorobić się, wrócić i założyć nad Wisłą własną firmę lub kupić upragnione mieszkanie. Życie w Zjednoczonym Królestwie okazał się jednak dużo trudniejsze, niż emigranci przedstawiali je w ojczyźnie. Wielu z nich na gościnnej ziemi Elżbiety II założyło nowe rodziny (nierzadko burząc swoje związki w Polsce), wielu Polakom urodziły się dzieci, które pomogły im otrzymać najlepszy paszport świata – bo warto pamiętać, że paszport brytyjski do czasu awantury z brexitem uchodził za najlepszy paszport na świecie, otwierając bezwizowy ruch do wszystkich, poza Rosją, krajów świata i gwarantując opiekę służb dyplomatycznych nad jego posiadaczem nie tylko ze strony Korony Brytyjskiej, ale również całego Commonwealthu, czyli tzw. Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Jeszcze na początku tego roku brytyjski Home Office, czyli odpowiednik ministerstwa spraw wewnętrznych, informował, że pomimo wielu zachęt tylko połowa polskich imigrantów złożyła wniosek o status osiedleńca.


Później sytuacja niewiele się zmieniła co oznaczało, że kilkaset tysięcy rodaków zdecydowało się na powrót do Polski.

Wpływ na to, choć niewielki, miała zmiana polityki polskiego rządu – Zjednoczona Prawica wprowadziła programy społeczne (m.in. 500+), o których wyjeżdżając nie mogli nawet marzyć. Na decyzje o powrocie najsilniej wpłynęła jednak pobrexitowa atmosfera na Wyspach. Atmosfera gnębienia niechcianych przyjezdnych z Europy mających odbierać poddanym królowej nie tylko pracę, ale i wolność stanowienia prawa – jednym z argumentów zwolenników brexitu było pozbycie się taniej siły roboczej m.in. z Polski oraz uniezależnienie brytyjskiego prawa od prawodawstwa unijnego. W ciągu kilku poreferendalnych miesięcy Anglicy (przede wszystkim oni – w przeciwieństwie do Szkotów i mieszkańców Irlandii Północnej) okazali się mało gościnni i bardzo zamknięci.


Ostatni brzeg

Nasi rodacy ginęli od noży lub napadani w domach – zwykle wynajmowanych. Niektórzy padali ofiarą gangów niewolniczych, zabierających im dokumenty i zmuszających ich do pracy za jeden posiłek dziennie i nocleg w baraku. Ci, którzy mieli szczęście, uciekali trafiając na ulice jednego z wielkich miast i zasilali rzesze bezdomnych.


Bez dokumentów, pracy i – zwykle – bez znajomości języka angielskiego nie mieli szans na powrót do ojczyzny. Często nawet nie chcieli – w końcu wyjechali na Wyspy Brytyjskie kuszeni nieśmiertelnym marzeniem o zarobieniu wielkich pieniędzy i triumfalnym powrocie. Przyznanie się do porażki przed rodzinami i przyjaciółmi było nieakceptowalne – nawet jeżeli życie w Albionie, mającym być rajem na Ziemi, okazało się po prostu przedsionkiem piekła.

Wielu, którzy zmarli na brytyjskiej ziemi, pozostali w niej na zawsze. Ich rodzin nie było stać na sprowadzenie zwłok do Polski, bo koszt takiej operacji przekraczał często 1000 funtów.


Ci, którymi nie interesowały się nawet rodziny – często nie wiedząc po prostu, że ich mąż czy ojciec zmarł jako bezdomny na londyńskim trotuarze – zostali skremowani na koszt królowej. Ich prochy urzędnik korony rozsypywał później w tzw. ogrodzie pamięci w Londynie, miejscu pięknym i ukwieconym, bo tamtejsza ziemia od dekad nawożona jest prochami zmarłych. Jednak po tym, że kiedykolwiek tu byli, nie ma najmniejszego śladu. Urzędnicy zapisywali ich jako NN (no name – bezimienny). I choć jest możliwe (choć nie jest to proste) ustalenie i odnalezienie bliskiego, który zakończył żywot na Wyspach Brytyjskich, grobu takiej osoby nie ma – nie ma również żadnej tabliczki, która informuje, że prochy osoby bliskiej zostały rozsypane w ogrodzie pamięci.


(Za)bij Polaka

Przez wiele lat administracja brytyjska odrzucała takie oskarżenia, jednak

jednak wielokrotnie powtarzane słowa o szkodliwości imigrantów z Polski, którzy mieli psuć rynek pracy i brać za dużo zasiłków skutkowały tym, że nożem można było oberwać za samo rozmawianie po polsku na londyńskiej ulicy, zaś przybyszów znad Wisły poniżano i w sposób rasistowski pozbawiano szans, a często życia.


Przez moment sytuacja była na tyle poważna, że naszymi rodakami zajęła się najpoważniejsza i najbardziej wpływowa na Wyspach Brytyjskich organizacja piętnująca akty ksenofobii i rasizmu, muzułmańska Tell MAMA. Tell MAMA (w dosłownym tłumaczeniu oznacza „powiedz mamie”) powstała po to, aby pomagać dyskryminowanym muzułmanom oraz ich dzieciom bitym za samo pochodzenie czy wyznawaną wiarę. Z czasem działalność organizacji rozszerzono na przejawy ksenofobii i rasizmu wobec każdego mieszkańca Zjednoczonego Królestwa.

Po rozpoczęciu kampanii na rzecz brexitu szybko okazało się, że najbardziej dyskryminowaną mniejszością są… Polacy.


Członkowie Tell MAMA postawili sprawę jasno – napaści na obywateli Polski są wywołane tymi samymi emocjami nienawiści, co agresja skierowana przeciwko wyznawcom Allacha. Dlatego właśnie zadeklarowali wsparcie „w tej trudnej chwili, kiedy brytyjscy troglodyci stosują przemoc wobec Polaków”. „Jeśli są atakowani, to jest to atak na nas wszystkich” – pisali w oświadczeniach.

Muzułmanie zwracali również uwagę, że fala przemocy ma związek z emocjami kreowanymi przez niektóre opcje przed referendum w sprawie wystąpienia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej.



Pomoc z meczetu


Nie wolno zapominać o skali ksenofobicznej kampanii rozpętanej przez polityków popierających brexit. Możemy nigdy nie dowiedzieć się, czy to ta kampania wpłynęła na młodych sprawców napaści na Polaków, ale na pewno nie pomogła ona stosunkom między różnymi społecznościami w Wielkiej Brytanii. W tym momencie musimy pokazać wsparcie społecznościom, które są celem nienawiści i uprzedzeń” – mówili w mediach i przed Izbą Gmin brytyjscy wyznawcy Allacha. „Stoimy razem z członkami polskiej społeczności oraz innych społeczności z Europy Wschodniej, które tak wiele wnoszą do naszego kraju i których praca dniem i nocą jest dla nas oparciem. Jeśli oni są atakowani, musimy to traktować jak atak na nas wszystkich oraz na pluralizm, który sprawia, że nasz kraj jest taki wyjątkowy” – dodawali. Tell MAMA miała rację publikując dane policyjne dotyczące wydarzeń, jakie odbywały się pod niebem Albionu w ciągu pierwszych tygodni po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie brexitu.

Z ponad piętnastu przypadków napaści na obywateli naszego kraju, które miały miejsce wyłącznie w związku z ich pochodzeniem, jeden skończył się śmiercią.


Polacy byli atakowani m.in. w Leeds, Londynie i Manchesterze.

Niedługo później w szkole w Redruth znaleziono w łazience ciało szesnastoletniej Dagmary. Dziewczyna powiesiła się, ponieważ była prześladowana przez rówieśników. Nazywali ją imigrantką, dręczyli, bo była z Polski. W czasie głośnego procesu okazało się, że nauczyciele po znalezieniu Polki nie próbowali jej nawet reanimować. Dagmara była uczennicą Pool Academy w Redruth w Kornwalii. Jej ciało znaleziono ponad półtorej godziny po tym, jak opuściła salę lekcyjną. Wcześniej jej rówieśnicy mówili do niej „głupia Polka” i kazali jej „wracać do swojego kraju”.


Niewolnicy z Polski

Z Polaków robiono niewolników i wykorzystywano w półdarmowej pracy na rzecz m.in. magazynów, gospodarstw rolnych i fabryk drobiu, które dostarczały produkty do największych brytyjskich sieci supermarketów, w tym do Tesco i Asdy.

Sieci supermarketów i inne zaangażowane firmy twierdzą, że nie wiedziały, iż polscy pracownicy są wykorzystywani przez gang. Niektóre przedsiębiorstwa – jak tłumaczyli ich szefowie – dowiedziały się o wyzyskiwaniu Polaków dopiero, gdy… skontaktowali się z nimi dziennikarze.

Wiele młodych Polek zmuszano do prostytucji – w końcu z takiego biznesu zyski były nieporównywalnie wyższe niż z niewolniczej pracy w gospodarstwach rolnych czy magazynach handlowych. Bezspornie było to jednak obciążone dużo większym ryzykiem. Wielu zniewolonych próbowało ucieczek – zwykle trafiając na ulicę jako bezdomni.

Zgodnie z badaniami jednego z prywatnych biur analitycznych, prawie co dziesiąta osoba z 8 855 bezdomnych w Londynie padła wcześniej ofiarą współczesnego niewolnictwa. Co więcej, wiele z tych osób to kobiety w ciąży.

Organizacja podkreśla, że to bardzo „ostrożne szacunki”, a liczby mogą być znacznie wyższe.


Pomagajmy rodakom

Obecnie mamy niepowtarzalną szansę przyjąć naszych rodaków z powrotem – rodaków, których do wyjazdu zmusiły nie tylko bieda i bezrobocie, ale często po prostu marzenia o lepszym życiu. Polski rząd przygotował program i serwis www.powroty.gov.pl dla tych, którzy zdecydują się na zerwanie więzi z „ziemią obiecaną” i wrócą do ojczyzny. Nie jest to dla nich łatwe, bo przez wiele lat nie funkcjonowali na rodzimym rynku pracy, więc dla wielu pracodawców ich doświadczenie z zagranicy po prostu jest niewiele warte. Wielu wróci nad Wisłę z dziećmi często nieznającymi języka polskiego, bądź znającymi go bardzo słabo. A przecież trzeba te dzieci zapisać do szkoły i zadbać o ich edukację, a także o to, żeby pomimo różnic językowych znalazły sobie nowych przyjaciół, dla których nie będą „tymi gorszymi z Anglii”, tak jak w Zjednoczonym Królestwie były „tymi gorszymi z Polski”. Samo zerwanie więzi z dotychczasowym życiem to gigantyczna operacja logistyczna, która po prostu ich boli. Dlatego trzeba im ją ułatwiać.

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy