Niemieckie zbrodnie na Pomorzu we wrześniu 1939 r.

Motto: Masowymi rozstrzeliwaniami w Polsce oraz mordowaniem chorych, reżym hitlerowski przekroczył próg systematycznej, rasistowsko umotywowanej polityki zagłady – prawie dwa lata zanim w 1941 roku przystąpiono do masowego mordowania Żydów.

Peter Long 

Wrzesień to w Polsce miesiąc żałoby. To wspominanie zdarzeń, które na zawsze odmieniły losy Polaków. Niewielu naszych obywateli wie, jak tragicznie zapisał się pierwszy okres okupacji niemieckiej na Pomorzu. Dopiero trzy lata temu systematyczniej zajął się tą sprawą IPN w Gdańsku, przygotowując broszurę pt. Zbrodnia Pomorska, szereg wystaw w miejscach kaźni i muzeach oraz organizując konferencje i wykłady na ten temat.

W jednej z takich konferencji połączonej ze zwiedzaniem miejsc martyrologii dane mi było uczestniczyć. Wiedzę tę należy upowszechniać. Ile osób w Polsce wie, że jesienią 1939 roku na Pomorzu kilkadziesiąt tysięcy Polaków padło ofiarą lokalnych egzekucji dokonywanych przez SS, policję i rekrutującego się z miejscowej ludności Selbstschutzu?

Pomorze w II Rzeczypospolitej

W wyniku I wojny światowej Pomorze Gdańskie stało się częścią II Rzeczypospolitej, wracając po latach zaborów do macierzy. W sierpniu 1919 roku utworzono województwo pomorskie. Mieszkający tu Niemcy musieli podjąć decyzję, czy chcą pozostać, czy wyemigrować do Niemiec. Odpływ ludności niemieckiej był znaczny, jednak ci, którzy pozostali, zachowali silną pozycję ekonomiczną. 

Mimo podpisania Traktatu Wersalskiego Niemcy nie pogodziły się nigdy z tym werdyktem i uważali utracone ziemie na Pomorzu za swoje, nazywając je „korytarzem pomorskim”. Poza krótkim okresem lat 1934-1938, kiedy Adolf Hitler w Polsce upatrywał partnera do uderzenia na Rosję, prowadzili agresywnie antypolskie kampanie, a pozostałych na Pomorzu Niemców i Pomorzan używali, jako V kolumny. Było to tym łatwiejsze, że część nieniemieckich mieszkańców, w tym Kaszubów, nie czuła związku z innymi dzielnicami Polski, a Niemców traktowała jak element znajomy i bliski. Po anschlussie Austrii i zajęciu Czechosłowacji, indoktrynowana mniejszość niemiecka na Pomorzu zaczęła prześladować i upokarzać Polaków, prowokując napięcia i odwety strony Polskiej.

1 września 1939 roku 

Dzień ten był dla polskich mieszkańców Pomorza dramatem i katastrofą. Hitler nie zamierzał popełniać „błędów” swoich niemieckich poprzedników, którzy tylko wynaradawiali, ale nie eksterminowali Polaków. Od razu przystąpił do akcji „odpolszczania” Pomorza metodami ludobójczymi. Niemcy mieli przygotowane już przed wojną listy proskrypcyjne z nazwiskami osób cywilnych przeznaczonych do zamordowania. Były one na bieżąco uzupełniane przez miejscowych Niemców z Selbstschutzu. 

Już 3 września w Świekatowie (pow. świecki) żołnierze Wehrmachtu rozstrzelali 26 mieszkańców wsi, a dnia następnego w Serocku 66 jeńców wojennych. 8 września we wsi Książki (powiat wąbrzeski) zamordowano 43 osoby. Zgodnie z rozkazem szefa policji Rzeszy Reinharda Heydricha, w pierwszej kolejności miano wymordować polskie elity przywódcze na terenach włączonych do Niemiec. Na zagładę skazano szlachtę, duchowieństwo, powstańców wielkopolskich, członków Polskiego Związku Zachodniego, działaczy społecznych i narodowych. 

Według ustaleń IPN prawie w każdej miejscowości na Pomorzu powstały więzienia i obozy dla Polaków. W miejscach tych organizowano tzw. sądy ludowe. Do otrzymania wyroku śmierci wystarczyły oświadczenia dwóch volksdeutschów o antyniemieckiej postawie osadzonego. Aż do połowy października 1939 to właśnie członkowie Selbstschutzu, czyli miejscowi Niemcy, byli panami życia i śmierci i tworzyli listy proskrypcyjne. 

Szczególnie znęcano się nad duchowieństwem, najbardziej nad kapłanami o niemiecko brzmiących nazwiskach, którym wycinano na czołach swastyki. Dręczeni byli nauczyciele, a młode nauczycielki torturowane i gwałcone. Ludzi dźgano widłami, wbijano im gwoździe w plecy, szczuto psami, zalewano gipsem usta. Ofiary egzekucji trafiały do „dołów śmierci”. Miejsc kaźni były setki. 

Historycy szacują, że tylko we wrześniu 1939 roku na Pomorzu Niemcy zamordowali 11 tysięcy osób z ok. 16 tys. w całej okupowanej Polsce, a przez całą jesień od 20 do 50 tysięcy, głównie polskiej inteligencji, ale też rolników, rzemieślników, robotników, osoby chore. Z imienia i nazwiska udało się ustalić tylko ok. 10 tysięcy ofiar. 

Większość ginęła od kul karabinowych, ale dokonywane po wojnie ekshumacje wykazały, że duży procent Polaków, w tym kobiety (także ciężarne), dzieci i starcy zabijane były przy pomocy tępych narzędzi, łopat, wideł, tak jak później na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w trakcie ukraińskiego „genocidum atrox”! Porażająca analogia. Ale tu zbrodnia została popełniona przez niemieckich „nadludzi” uważających siebie za najwspanialszy wykwit cywilizacji! 

Nie powinniśmy o tym nigdy zapominać, szczególnie teraz, gdy przedstawiciele tego narodu chcą uczyć Polaków jak należy interpretować prawa człowieka i jak powinna wyglądać demokracja!  

Odpowiedzialni za zbrodnie   

Główną rolę w eksterminacji Polaków na Pomorzu odegrał namiestnik Okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie, Albert Forster i jego administracja w terenowa. Jeszcze przed wybuchem wojny w Wolnym Mieście Gdańsku powołano jednostkę SS-Wachsturmbann „Eimann”, która uczestniczyła w walkach w Gdyni i na Oksywiu, dokonała mordu na obrońcach Poczty Polskiej w Gdańsku, a następnie eksterminowała polską ludność w powiatach kartuskim, kościerskim, starogardzkim i wejherowskim. Poza Wehrmachtem i SS, zbrodni na Pomorzu Gdańskim dokonywały też oddziały policji i służby bezpieczeństwa Einsatzgruppen IV i V, których zadaniem było eliminowanie „elementów wrogich Rzeszy”. By móc rozstrzeliwać więcej Polaków, 12 września powołano specjalny samodzielny pluton egzekucyjny Einsatzkommando 16, złożony z gdańskich funkcjonariuszy gestapo. Mordowali oni polską ludność w Gdyni, Toruniu, Bydgoszczy, Kościerzynie, Stargardzie Gdańskim, Grudziądzu i Brodnicy. Trzeba podkreślić, że wyjątkowo haniebną rolę odegrali przy denuncjowaniu i mordowaniu sąsiadów miejscowi Niemcy, organizowani i kierowani przez SS, a od początku września w ramach tzw. straży obywatelskiej tzw. Volksdeutscher Selbstschutz. Do oddziałów tych wstąpili prawie wszyscy mężczyźni w wieku poborowym (ponad 38 tys.). Wielu z nich służyło w okresie późniejszym w SS i policji porządkowej. 

Zbrodnia nieukarana

Niemcy przez cały okres okupacji skrzętnie zacierali ślady swoich zbrodni, tak jak teraz czynią to Ukraińcy, uniemożliwiając ekshumacje. Na podstawie przygotowanych map, na które naniesiono miejsca mordów z września roku 1939 sukcesywnie, aż do końca wojny Sonderkommando 1005 niszczyło (głównie przez palenie) zwłoki wydobywane z największych miejsc kaźni. Do tej strasznej pracy wykorzystywano więźniów obozów koncentracyjnych.

Podobnie jak zbrodniarze winni ludobójstwa wołyńskiego, także niemieccy oprawcy pomorskich Polaków, poza Albertem Forsterem (Namiestnik Rzeszy) i Richardem Hildebrandtem (SS i policja) nie doczekali się kary, a Polska zadośćuczynienia za bestialskie zamordowanie swoich obywateli i grabież ich majątków. 

Dość powiedzieć, że Kurt Eimann, dowódca SS, który przyznał się, że w Piaśnicy zabił 1400 chorych i 30-40 członków komanda grabarzy, otrzymał po wojnie karę 4 lat więzienia, z czego odbył jedynie 2. Reszta sprawców eksterminacji pozostała praktycznie bezkarna. Dowódca Selbstschutzu uciekł do Argentyny, gdzie żył i zmarł nieniepokojony. Wielu morderców zostało uniewinnionych, a później piastowało zaszczytne funkcje burmistrzów, dygnitarzy lokalnych. Nawet Jakob Lőlgen, dowódca Einsatzkommando 16 (plutonu egzekucyjnego), który po wojnie został szefem policji w Trewirze, w 1966 r. został uniewinniony przez sąd od mordów na polskiej ludności. Jak napisano w uzasadnieniu, „wykonywał tylko rozkazy”.

Źródło fot. twojahistoria.pl

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy