Język polityki w USA i w Polsce – manipulacja społeczeństwem

Język polityków to jeden z elementów manipulacji społeczeństwem. Jest to dzisiaj zjawisko tyleż powszechne, co niebezpieczne. Obserwujemy narastającą ostrość wypowiedzi i nagminne posługiwanie się oczywistym kłamstwem w przekazach medialnych. 

Jeśli przyjrzeć się badaniom języka polityki lat 30-tych ubiegłego wieku, okazuje się, że wcale nie był on mniej agresywny niż obecnie. Język, jakim posługiwali się politycy na początku lat 90-tych rzeczywiście był trochę inny, mniej dosadny, mniej napastliwy. Oczywiście i wtedy politycy nie stronili od krytykowania swoich przeciwników, ale nie robili tego tak agresywnie. Dzisiaj nie bierze się jeńców. Każdy może niszczyć oponenta bez oporów. Kłamstwem zaś posługiwać się można o tyle, na ile pozwala niewymagające i mało wykształcone społeczeństwo.

Współcześni politycy są w swych decyzjach niesamodzielni, o wiele mniej samodzielni niż ich poprzednicy. Bez zrozumienia działania światowej oligarchii, kwestii zadłużenia państw w ponadnarodowych instytucjach i koncernach dyktujących rządom ciężkie warunki, nie zrozumiemy wiele.  

Nawet bojowy Donald Trump, który szedł do władzy pod hasłami naprawy patologii gnębiących USA, nie zdominował swojej administracji. Okazało się, że „głębokie państwo” spokojnie sobie poradziło z jego kadencją. W Departamencie Stanu jest wielu ludzi ze starej ekipy. Mimo że Trump wymieniał najważniejszych doradców jak karty w talii, nie był w stanie zapewnić sobie lojalności korpusu urzędniczego. Dlatego czasami wydaje się, że Sekretariat Stanu mówi co innego niż prezydent. W Ameryce prezydent nie jest królem. Żeby zrozumieć amerykańską politykę, trzeba odrobić tę podstawową lekcję. Większość decyzji zapada w administracji albo w Kongresie. Nawet posiadając własne lobby, któremu przecież też trzeba się „opłacać” określonymi koncesjami, prezydentowi nie udaje się w wielu kwestiach przeprowadzić swej woli.

Zwykły obywatel

To, że mogą być odporni na manipulację, to mit. W walkę o ich umysły i dusze zaprzęgnięto sztuczną inteligencję analizującą poglądy w social mediach, nadzór fizyczny za pomocą telekomunikacji coraz wyższych generacji, a walka polityczna przeniesiona do Internetu.

To, co można zrobić, to uświadomić sobie sam fakt, że jesteśmy podmiotem takich działań. Ponadto uzbroić się w wiedzę. Tym, którzy chcieliby dowiedzieć się więcej polecam książkę pt. „Jak politycy nami manipulują”. Zawiera ona cały arsenał zakazanych technik politycznego języka podświadomości. To dzięki sprytnym sztuczkom politykom udaje się wybić na szczyty władzy nawet bez zagłębiania się w merytorykę. Czytając tę książkę można dowiedzieć się, jak często byliśmy poddawani konkretnym metodom perswazji i jak często im ulegaliśmy. Wreszcie, książka pozwoli choć trochę uodpornić się na manipulacje, próby zbiorowej hipnozy i użycia podświadomego języka wpływu.

Zachowanie jasności umysłu i samodzielność myślenia to nasza jedyna broń!

Amerykański matecznik

Za punkt wyjścia do moich rozważań nad problemem manipulacji w polityce USA przyjmę skargę byłego szefa amerykańskiego wywiadu w resorcie bezpieczeństwa narodowego. Brian Murphy opisuje przypadki, kiedy, jak twierdzi, administracja prezydenta USA Donald’a Trump’a próbowała wykorzystywać dane wywiadowcze do celów politycznych.  Sytuacja rozgrywała się we wrześniu 2020 roku. Jak doszło do sytuacji, w której w bieżącą walkę polityczną angażuje się najważniejsze i najtajniejsze instytucje państwa?

Niestety USA to kraj, w którym manipulacja, propaganda i różnego rodzaju techniki public relations wykorzystywane są każdego dnia na ogromną skalę. Amerykańskie elity władzy do perfekcji opanowały sztukę propagandy, która pomaga im zdobyć poparcie społeczeństwa dla działań, które inaczej byłyby skazane na niepowodzenie. Zagadnieniem tym zajmował się prof. Noam Chomsky – językoznawca z Massachusetts Institute of Technology. Za pierwszą współczesną akcję propagandową przeprowadzoną w USA uznał on fakt przekonania społeczeństwa amerykańskiego do udziału w pierwszej wojnie światowej. Prezydentem był wówczas Woodrow Wilson, którego hasło wyborcze brzmiało: „Pokój bez przemocy”. Pacyfistycznie nastawieni Amerykanie nie widzieli powodu przystępowania do wojny, jednak rząd był innego zdania. Powołano więc specjalne biuro propagandowe znane pod nazwą Komisja Creela lub też Komisja Informacji Publicznej (Committee on Public Information). Wystarczyło pół roku, aby nastawienie obywateli zmieniło się o 180 stopni.

Im głupsi tym lepsi

Techniki wówczas zastosowane już na stałe weszły do repertuaru działań polityków amerykańskich – zarówno demokratów jak i republikanów. Usprawiedliwienie dla tak niemoralnych i antydemokratycznych działań znalazło się szybko wśród elit intelektualnych USA. Walter Lippman, wiodący komentator polityki wewnętrznej i zewnętrznej USA dowodził, że ludzie powinni być nakłaniani do określonych działań, bo szerszej opinii publicznej umyka osiąganie dobra wspólnego. Dobro to może natomiast zrozumieć tylko niewielka grupa społeczeństwa, wybitne jednostki, które rozumieją jakie mechanizmy rządzą światem. Lippman poparł swoje poglądy teorią postępowej demokracji. Według niej istnieją w społeczeństwie pewne klasy obywateli. Na pierwszym miejscu znajduje się klasa zajmująca się czynnie sprawami publicznymi i jest to niewielki odsetek populacji. Natomiast większość społeczeństwa to „zdezorientowane stado”. W demokracji to „stado” ma jednak swoją funkcję, mianowicie od czasu do czasu ma możliwość wyboru tego, czy innego członka klasy wyspecjalizowanej. Po wyborach, tłum usunięty w tło staje się widzem. „Masy” są zbyt naiwne, aby pojąć skomplikowane procesy funkcjonowania świata. Z tego powodu nie można im pozwolić na szerszy udział w podejmowaniu decyzji, gdyż powodowałoby to tylko kłopoty. Inny komentator polityki zagranicznej USA Reinhold Niebuhr twierdził, że racjonalizm to rzadko spotykana umiejętność i posiada ją bardzo wąska grupa ludzi. Większość natomiast kieruje się emocjami i impulsami. Zatem racjonaliści muszą tworzyć iluzje, które, naładowane silnymi dawkami emocji i uproszczeń, pozwalają naiwnym prostaczkom nie zbaczać zbytnio z określonej drogi. Podobnie, jeden ze znanych amerykańskich politologów teoretyków, Harold Laswell, stwierdził wprost, że obywatele nie są bynajmniej najlepszymi znawcami swoich interesów. Najlepiej wiedzą to elity, dlatego też zwykła moralność nakazuje, by społeczeństwo nie miało okazji realizować swoich błędnych koncepcji. Jesteśmy więc o krok od totalitaryzmu!  Ale w demokracji nie można odwoływać się do argumentu siły. W demokracji siłę zastąpiono – propagandą.

Odpowiednie przygotowanie społeczeństwa

powiedzmy wprost – spreparowane. Reedukacja rozpoczyna się w szkole, która uczy określonego poglądu na świata i postulowanego przez rządzących oceniania rzeczywistości. Uczniowie, a potem dorośli ludzie mają być już tylko obserwatorami. Potrzebni będą jedynie w czasie wyborów, by popierać tego czy innego polityka spośród tych, których do wybrania im przygotowano.

Manipulowanie opinią publiczną potrzebne jest również, by wyrażała swoje poparcie dla różnego rodzaju międzynarodowych awantur, a

najlepszym sposobem na uzyskanie aprobaty społecznej dla interwencji militarnych jest po prostu wywołanie strachu.

Należy społeczeństwu pokazać wroga. W przypadku USA nie będziemy mieli żadnych problemów, aby zaobserwować tego typu akcje. Po II wojnie światowej była to Rosja, obecnie międzynarodowy terroryzm, muzułmańscy fundamentaliści. Dodatkowym narzędziem jest fałszowanie historii.

Twitter – komunikacja ze społeczeństwem

Ponieważ obywatele zgodnie z przedstawioną wcześniej teorią, nie powinni być zbyt rozgarnięci, politycy w USA zaczynają komunikować się z nimi półsłówkami za pomocą medialnej platformy Twitter. Szczególnie chętnie posługuje się nią ostatni prezydent. Jednak dopuszczając się na nim manipulacji. Donald Trump otrzymał pierwszą w historii odznakę za „modyfikowane media”. Choć kojarzy się to z deepfake’ami, czyli filmami tworzonymi z użyciem sztucznej inteligencji, ostrzeżenie dostał klasyczny montaż. Był to film zawierający fragment wypowiedzi Joe’go Biden’a, wykadrowany tak, by nie było widać ludzi dookoła przyszłego przeciwnika Trumpa. Ponadto z wypowiedzi Bidena usunięto krytykę kampanii Trumpa. Na oryginalnym filmie Biden mówi, że „możemy ponownie wybrać tylko Donalda Trumpa, jeśli zaangażujemy się w krążący pluton egzekucyjny”. Montażyści z Białego Domu wycięli wzmiankę o plutonie. Wyszło więc, że Biden przyznaje, że Demokraci nie mogą wygrać wyborów. Z jego ust padają słowa „możemy ponownie wybrać jedynie Donalda Trumpa”. Film został przekazany dalej na profilu Trumpa i dopiero po 18 godzinach został oznaczony jako manipulacja. Twitter stara się pokazać się jako medium niezależne, gdzie znajdziemy tylko prawdziwe wypowiedzi. Na razie jednak nie radzi sobie z tym dobrze.

Polaryzowanie

Skuteczność technik manipulacyjnych wzrasta wraz ze stopniem dezintegracji społeczeństwa. Najlepiej podzielić scenę polityczną na dwa zwaśnione plemiona i podkręcać umiejętnie wrogość.

To się dzieje. Aby nie dopuścić większości społeczeństwa do logicznego i samodzielnego myślenia o sprawach ważnych dla kraju, w latach osiemdziesiątych XX wieku w środowiskach uniwersyteckich USA zaczęto lansować poprawność polityczną i promować tzw. tematy zastępcze. W ramach poprawności politycznej odepchnięto od mediów i polityki merytorycznych analityków i zastąpiono ich propagandzistami, którzy w kilku dosadnych słowach potrafią „objaśnić” złożoność świata i jego problemów. Tematy zastępcze dotyczą głównie sfery obyczajowej.  Działania te w krótkim tempie doprowadziły do skłócenia i dezintegracji społeczeństw i rodzin, a także do niszczenia samego państwa. Walka ta zaburza też sferę językową. Wielkie kwoty wyasygnowane na ten cel przez oligarchów typu George Soros dają obywatelom, mediom i bezsensownie angażującym się w te kwestie instytucjom, zajęcie na cale lata. 

Walka wyborcza w sieci i „Nowa Cenzura”

Nadużywanie w amerykańskiej polityce nośników elektronicznych wymusiło nowe uregulowania. Powstaje prawo ograniczające manipulacje polityczne w Internecie. Szef Facebooka, Mark Zuckerberg, już w roku 2018, po wycieku 2.7 milionów danych osobowych użytkowników zapowiedział regulacje reklam politycznych i bezpieczeństwa danych. Zgodnie z projektowaną ustawą każda platforma cyfrowa, która ma co najmniej 50 mln odsłon miesięcznie, będzie musiała prowadzić publicznie dostępną dokumentację wszystkich komunikatów w sprawie wyborów czy kampanii wyborczych, które zostały nabyte za więcej niż 500 dolarów.

Ingerowanie w wybory jest problemem, który wykracza poza jakąkolwiek platformę (społecznościową), dlatego popieramy Ustawę o Uczciwej Reklamie (Honest Ads Act)

Mark Zuckerberg

I dodał, że chce, by nadzorowi podlegały reklamy dotyczące istotnych kwestii mogących wpłynąć na percepcję czy preferencje wyborców, czyli tzw. issue ads (reklamy problemowe). Dotyczy to również spotów, które poruszają tematy związane z polityką bądź kandydatami, które jednak nie reklamują bezpośrednio partii czy osób kandydujących. Jak podkreślają autorzy projektu ustawy, reklamy problemowe są często wykorzystywane przez grupy interesów, organizacje lobbingowe czy zamożne osoby po to, by wpłynąć na losy projektu ustawy albo – pośrednio – na wynik wyborów. Zuckerberg zapowiedział, że każdy, kto będzie chciał posłużyć się reklamą problemową, będzie musiał potwierdzić swoją tożsamość oraz lokalizację. W teorii wygląda to nie tak źle, ale praktyka okazuje się nieco inna. Jak wiemy,

ostatnie uregulowania dokonane przez Facebooka prowadzą do nowej cenzury i uderzą nie tyle w lobbystów, co w zwykłych użytkowników. Od października 2020 serwis będzie mógł w ramach cenzury usunąć dowolny post lub ograniczyć do niego dostęp, jeśli uzna go za „kontrowersyjny”.

Pretekstem ma być narażanie serwisu na „skutki prawne” lub „regulacyjne”. Dana treść nie musi wcale łamać prawa czy być nieodpowiednia (np. „mowa nienawiści”), wystarczy, że Facebook stwierdzi, że naraża się jego firmę.  

ZOOM

więcej

Zobacz też

Obserwujemy